Adaptacja dziecka w żłobku. Uwaga! Tylko dla rodziców o mocnych nerwach!

Zawsze wydawało mi się, że rodzice nieco przesadzają z tymi adaptacjami żłobkowo-przedszkolnymi. Że to taki straszny moment zarówno dla rodziców, jak i dla dzieci. Że dzieci płaczą, płaczą i jeszcze raz płaczą. Że chorują co najmniej jeden semestr, albo i dłużej. Najmądrzejsza z mądrych (hm…hm…) myślałam sobie, że „moje dzieci tak nie będą miały”. I jeszcze myślałam sobie, że można dzieci przygotować do żłobka, na tyle, by cały proces adaptacji przebiegł bezboleśnie.

Nie ma bezboleśnie. Musi trochę zaboleć.

Fakt – można nieco przygotować dzieci na tą diametralną zmianę w życiu. Ale mimo wszystko najwięcej zależy od charakteru i osobowości dziecka, a nie od naszych, rodziców, chęci i starań. Mam dwójkę dzieci adaptujących się równocześnie – wiem co mówię.

Zaskoczenia wielkiego nie było – mój pierwszy synek, Alurka (nazwa własna), to chłopiec, który pójdzie wszędzie, wszystko załatwi, zaczaruje wszystkie panie w kawiarni, sklepie, na ulicy swoim rozbrajającym uśmiechem, zazwyczaj niczego i nikogo się nie boi, najbardziej lubi zmiany i jak się coś dzieje, byle się działo dużo i głośno. Mój drugi synek, Bazyliszek (również nazwa własna) zawsze lustruje wszystkich wzrokiem à la Bazyliszek, zachowuje poker face przez godzinę, albo i dłużej od pierwszego spotkania, jest dosyć nieufny, ale też nieśmiały i nie tak pewny siebie jak Alurka. Potrzebuje zazwyczaj pooglądać całą sytuację z wysokości rąk mamy lub taty, by zawyrokować, że „może być” i zdecydować się na dołączenie do zabawy z innymi dziećmi.

Adaptacja chłopców polegała na uczęszczaniu do żłobka przez co najmniej tydzień codziennie rano po dwie godziny.

Rodzice nie mogą wchodzić na salę dla dzieci, muszą zostać przed drzwiami. Wcześniej wydawało mi się to barbarzyńską regułą, teraz wiem, że ma ona więcej sensu niż bezsensu. Dzieci od razu uczą się tej reguły – rodziców na sali z nimi nie ma, w przeciwnym razie uczą się dwóch sprzecznych rzeczywistości, co wcale nie pomaga w ostatecznym rozstaniu z mamą/ tatą, a pozostałe dzieci również są zdezorientowane obecnością obcych dorosłych. Uczęszczałam do kilku klubów malucha z dziećmi, ale klub, a żłobek to zupełnie inna bajka. Kluby oswajają dzieci z przebywaniem z innymi dziećmi i z opiekunkami podczas zabaw lub zajęć, ale nie oswajają z nieobecnością mamy.

Był płacz…

Codziennie przed wejściem na salę był płacz najpierw tylko naszej przytulanki – Bazyliszka, a później i Alurki, któremu udzieliły się emocje brata i stwierdził, że coś musi się dziać bardzo nie halo, skoro braciszek tak lamentuje.

Miałam momenty bólu serca i zwątpienia w pomyślność całego tego żłobkowego pomysłu. Kluczowy i przełomowy był trzeci i czwarty dzień adaptacji. Trzeci dzień to był największy kryzys zarówno mój jak i dzieci, wparowałam do sali i chciałam zabierać stamtąd dzieci natychmiast. Powstrzymało mnie jednak przekonanie, że żłobek ten nie może być miejscem rzezi małych niewiniątek, skoro inne dzieci prawie biegną z szatni do sali, a co więcej żadne dziecko w sali nie płacze (przepłakały swoje we wrześniu i październiku – to zresztą dwa najgorsze miesiące na rozpoczęcie adaptacji, ponieważ płaczą i nakręcają się wzajemnie wtedy wszystkie dzieciaki).

Czwartego dnia rano spytałam moich chłopców: „Idziemy do dzieci, do żłobka?”

Obaj pobiegli po swoje kurteczki i mi je przynieśli, bym im je ubierała. Za chwilę stali przy mnie z butami. Przed drzwiami żłobka odbył się co prawda rytualny płacz, ale brzmiał on już raczej jak: „Chciałbym, ale trochę się jeszcze boję”. Tego dnia, gdy odbierałam dzieci po dwóch godzinach, Alurka odwrócił się na pięcie i chciał wracać do dzieci i do zabawy, a Bazyliszek wyszedł z sali za rączkę z panią z bananem na twarzy – pełnym dumy i samozadowolenia. Piątego dnia rytuał płaczu jeszcze się odbył, ale zamilkł zaraz za zamkniętymi drzwiami. Zabawki-samochody i inne dzieci zrobiły swoje.

W trakcie tych pięciu dni Bazyliszek spędził większość czasu na kolanach u pani Beatki – to kierowniczka i dobry duch żłobka, którą kochają wszystkie dzieci. Gdy Bazyli popłakiwał, Alurka, który jest starszym o 2 minuty bratem, przynosił mu wszystkie znalezione zabawki i klocki. Szkoda, że nie mogłam tego zobaczyć na własne oczy, ale obecnie również w domu, gdy tylko Bazyli zaczyna być nieszczęśliwy, Alurka natychmiast oddaje mu wszystko co ma w tym momencie w rękach – zabawkę, przekąskę, nawet butelkę z wieczornym mlekiem z kaszką. Jest to absolutny balsam na serce matki bliźniaków!

Kolejną kłodą pod nogi w trakcie adaptacji żłobkowej są legendarne choroby, które dzieci muszą przejść, by zbudować swoją odporność.

One naprawdę nie są legendarne – one są faktem, który przeżywamy od ponad miesiąca… Wcześniej, przez 15 miesięcy, moje dzieci nie chorowały na choroby zakaźne. Teraz zaczęło się od infekcji dróg oddechowych, na szczęście nie skończyło się to na zapaleniu oskrzeli czy płuc, bo taki wirus akurat w żłobkach i przedszkolach szalał. Niestety choroby przyniesione ze żłobka nie atakują tylko dzieci – rodzice, wcześniej odporni jak najwyższej klasy farby antykorozyjne, w starciu z wirusami-mutantami padają jak muchy, jak kostki domino. Ledwo wyszliśmy z jednej infekcji i chłopcy wrócili do żłobka – zaczęła się biegunka, która znów pokładała nas sekwencyjnie. Po biegunce przyszło, tym razem dzięki uprzejmości wirusa z pracy męża, coś na kształt zapalenia krtani i w czwórkę chrypieliśmy jak zdarte płyty.

Marzec oceniam jako miesiąc bardzo brutal i full of zasadzkas i błagam: „Marcu! Odejdź! I odejdźcie wszystkie wirusy i bakterie nie wytępione przez tą lichą zimę!”. Aktualnie jesteśmy z powrotem jedną nogą w żłobku. Mogę tylko prosić o Wasze kciuki, byśmy przeżyli tą krucjatę. Szyki zwarte, przyłbice opuszczone, żłobku nadchodzimy!


 

  • Jeżeli spodobał Ci się ten artykuł – udostępnij go dalej.
  • Na fan page’u na facebooku dzieje się dużo więcej i z dużą dawką humoru. Wpadnij do nas!
  • Zapraszamy również do zapisania się na nasz newsletter.
  • Chcesz porozmawiać z innymi rodzicami bliźniaków, wieloraczków, dzieci „rok po roku”? Zapraszamy do zamkniętej grupy na facebooku!
  • Jeśli chcesz podzielić się swoją historią, opinią, doświadczeniem na łamach portalu, napisz do nas: kontakt@multirodzice.pl
  • Będzie nam miło, jeśli dasz znać znajomym o multiRodzicach. Sharing is caring! :-)

Kiedyś miłośniczka podróży i przygód podwyższających adrenalinę. Obecnie uskutecznia głównie podróże pojazdem trójkołowym do klubu malucha i z powrotem, a adrenalinę ma wiecznie podwyższoną poczynaniami wszędobylskich, bliźniaczych potomków. Kocha swoją rodzinę, przyjaciół, dobry film i jeszcze lepszą książkę, fotografię, Kraków, kawę z pianką, jazdę na motorze i bycie mamą.

Dyskusja8 komentarzy

  1. Moje kciuki masz jak zawsze zapewnione 🙂 U nas na razie plany żłobkowe przełożone na jakąś nieokreśloną przyszłość, ale kiedy już ten czas nadejdzie to podejrzewam, że też lekko nie będzie i że zaprzyjaźnię się bliżej ze środkami na uspokojenie 😉 Dużo zdrówka dla Was wszystkich ! :*

    • Dzięki, dzięki i jeszcze raz dzięki!!!
      Zdrówko nam się naprawdę przyda.
      Wyszło słońce, czuć już wiosnę, więc mam nadzieję, że dzieciaki (wszystkie dzieciaki, nie tylko moje) wyjdą na prostą – jak to słońce 🙂
      A za Was będę trzymać kciuki, jak przyjdzie ten czas….
      :-*

  2. Czytam, czytam i jakbym widziała siebie…. z tym że synek jeden i adaptacja w styczniu. Płacz i lament, ściąganie małego ze mnie. Przez pierwsze 3 dni płacz już od domu na hasło „jedziemy do dzieci” , z dnia na dzień coraz słabszy, tylko od parkingu pod żłobkiem z tym że przy rozbieraniu słyszałam „mamo nie, mamo nie dzieci” . Serce jakby pękało i nie raz chciałam się wrócić po moje szczęście. Po czym po zamknięciu drzwi okazywało się że płacz się wyciszał. Teraz często nie dostane już nawet buziaka na „do widzenia” bo za bardzo się spieszy. A jeśli chodzi o choroby…to na 100% nie jest legenda, wciąż walczymy z czymś nowym ale się nie poddajemy 😉 Dużo zdrówka :*

    • Ja z chorobami zamierzam walczyć od sierpnia-września Entitisem. Nie wiem czy słyszałaś, ale podobno działa cuda jeśli chodzi o wzmocnienie odporności u dzieci. Tylko trzeba podawać 1-3 miesiące wcześniej, przed wszelkiego rodzaju epidemiami chorób w żłobkach/ przedszkolach.

  3. Przeczytałam wpis kilka miesięcy temu i z lekka mnie przeraził 🙂
    Wracam do niego teraz, bo akurat jesteśmy w trakcie drugiego dnia adaptacji żłobkowej. Póki co – ani jednej łzy.
    Wczoraj Meśka poszła jak w dym (i poszłam do domu, bo zbędna byłam), dziś podobnie. Ledwo zdążyłam ją rozebrać a już siedziała przy mini stoliku i wsuwała śniadanie. Elegancko się pożegnałam, zakomunikowałam powrót po obiadku i poszłam.
    Zobaczymy.
    Może bomba wybuchnie kiedy skończy się efekt świeżości?

    Pozdrawiam Was serdecznie 🙂

    • Brawo Mela!!!
      Dzieci – jak sama dobrze wiesz – potrafią być mega zaskakujące. Raz nas zaskakują pozytywnie, innym razem niekoniecznie…
      U nas po trudnych, aczkolwiek bardzo krótko trudnych początkach, dzieciaki zapałały miłością totalną do żłobka. A mimo to po dłuższej przerwie i powrocie z urlopu jeszcze zdarzyło się jednemu łzę uronić za mamą…

  4. Czytam, bo jesteśmy w trakcie adaptacji 🙂 Interesuje mnie jedna rzecz – czy okres przynoszenia ze żłobka wszystkich wirusów, bakterii itp. kiedyś mija? Tzn. czy chorobowy boom jest tylko na początku, a potem dziecko się uodparnia?

    • Hej!
      Wszyscy rodzice, którzy już to przeszli mówią, że „dzieci muszą się wychorować’, by nabrać odporność na nieznane im dotąd wirusy i bakterie.
      U jednych dzieci to wychorowanie się trwa pół roku, a nawet i dłużej – szczególnie jeśli leczone są antybiotykami, które zabijają naturalne zdolności organizmu do nabierania odporności.
      U innych dzieci wychorowanie się polega na katarze i ewentualnie kaszlu, który wcale nie musi być osłuchowo niebezpieczny.
      Odpowiadając na Twoje pytanie: tak, to mija, ale dużo zależy i od naturalnej odporności dziecka i od nas rodziców!
      Polecam Ci nasz artykuł o wzmacnianiu odporności u dzieci:

      http://multirodzice.pl/5-sposobow-na-zwiekszenie-odpornosci-u-dzieci/

      Bardzo Ci polecam opisywany tam Entitis – ale trzeba go stosować 2-3 miesiące codziennie, by widzieć efekty.
      Moje dzieci (odpukać!) nie chorują, a Entitis stosujemy od 1 sierpnia.
      Dużo zdrówka i powodzenia!!!

Skomentuj

Ładowanie