Baby blues po polsku

Okres ciąży wspominam jako czas przepełniony czytaniem. Pochłaniałam poradniki Tracy Hogg oraz inne czytadła, których celem jest przygotowanie kobiety do roli mamy. Dziś powiem jedno: choćbyś przeczytała najgrubsze tomiszcza tego typu publikacji – nikt i nic nie przygotuje Cię na to, co może się zdarzyć. Zadziwiało mnie wtedy i zadziwia mnie do dziś jednak coś zgoła innego. Dlaczego tak wiele pisze się o pielęgnacji pępka niemowlaka, a tak mało o tym, co przechodzi w okresie połogu jego matka?

Nie jestem pierwszą, która w najbliższym otoczeniu urodziła dziecko/dzieci. Schemat był zawsze ten sam: poród, połóg połączony ze świergotaniem i memlaniem o tym, jak cudownie być mamą. Zero narzekań, żadnych oznak zmęczenia czy przygnębienia. Zewsząd tylko to mamuśkowe zachwycanie się nowym stanem, urodą potomka i wszystkim dookoła. Jedna wielka ściema. Czy owe matki nie miały do czynienia z bólem rany po porodzie? Czy ich nie dotknęły odchody poporodowe? Czy od razu wiedziały, jak zabrać się do kąpieli malucha? Bullshit! Nasz piękny kraj nad Wisłą ma to do siebie, że o niepowodzeniach, bólu i chorobach nie wolno mówić głośno. Znacznie lepiej pokazać się od tej lepszej jasnej strony.

Przepraszam – raz, będąc już w ciąży, usłyszałam mrożące krew w żyłach, ale jakże szczere opowieści żony znajomego, nazwijmy ją Jolka, mamy rocznego Tomusia o tym, co nazwała paranoją poporodową. Otóż wmawiała sobie, że nie jest matką dość dobrą, co w efekcie sprowokowało urojenia. Zdawało się jej, że w nocy Tomek płacze, więc budziła swego męża, prosząc by nie przygniatał go swym ciałem – podczas gdy mały spał w łóżeczku. Sytuacja ponownie miała miejsce, gdy maluch został położony w szpitalu, a Jolka oskarżała matki obecne na sali, że jej dziecko nie może się zregenerować, bo inne mu w tym przeszkadzają. Mówiła, że długo nie mogła sobie poradzić z lękiem o małego wynikającym z jej poczucia, że nie sprawdza się w roli matki.

Przykład to dość osobliwy, jednak jedyny, który do tej pory pojawił się w moim życiu. Do czasu aż sama zostałam matką.

Przyznam to otwarcie po raz pierwszy i nazwę po imieniu: przeszłam depresję poporodową.

Nie uwierzyłabym, gdybyście spytali mnie kilka tygodni przed narodzinami dziewczyn. Tyle na nie czekałam, że było to wręcz niemożliwe. A jednak.

Jak wyglądało to u mnie?

Po cesarskim cięciu byłam obolała zewnętrznie i poturbowana wewnętrznie. Dotarło do mnie, że dwie żywe istoty powitały świat i są teraz zależne głównie ode mnie. Myśl ta przytłoczyła mnie zaraz po cc i towarzyszyła przez kilka tygodni po porodzie.

Pech chciał, że na mojej drodze pojawiła się młoda położna, bez pojęcia o swojej pracy. Każdą prośbę o podanie leku znieczulającego w dobie po cc kwitowała tym, jak bardzo jestem słaba, jak mało potrafię znieść. Kiedy odmówiłam pójścia pod prysznic cztery godziny po operacji, wykpiła mnie, dodając, że będę jedyną brudną kobietą na sali. Teraz złożyłabym na nią skargę przybierającą formę epopei, wtedy byłam bezbronna i słaba, więc dałam się obrzucać gnojem.

Najgorsze miało jednak dopiero nadejść. Kolejny dzień, nadal pełen bólu i niemocy, połączony został z przywiezieniem dzieci – miałam się nimi zająć do północy, podczas gdy sama byłam wrakiem. Nasiliło to poczucie winy, niespełnienia i rozczarowania sobą. Towarzyszyło mi wówczas dziwne uczucie: jakbym spoglądała na dzieci i otaczającą rzeczywistość oczyma kogoś innego, gdzieś spoza sali. Nie przewinęłam dziewczynek, nie przystawiłam do piersi i mówiąc najogólniej przyświecała mi myśl „I don’t care!”.

Doszedł następny łomot prosto w głowę. Wszystkie pojedyncze mamy na sali karmiły piersią.

Konsultantka laktacyjna zaczęła wywierać presję. Przystawianie co 15 minut każdego dziecka do piersi. Miałam wrażenie, że moje cycki stały się dobrem powszechnym, o którego przeznaczeniu przestałam decydować samodzielnie. Kwadrans mijał, pojawiał się kapo w fartuchu i przystawianie zaczynało się od nowa. Z piersi nie poleciało nic. Kolejny cios, kolejna frustracja i rozczarowanie. Naokoło matki w objęciach z dziećmi, karmiące matki. I ja. Gdzieś obok.

Powrót do domu. Nawał pokarmu i okropny ból. Piersi jak kamienie, boląca nad wyraz rana. Nikt nie chciał uwierzyć, że znowu boli. Wariatka, przewrażliwiona, hipochondryczka. Narcyz skupiony na sobie.

Położna środowiskowa natychmiast przyjechała z pomocą. Presja, jaką wywierała, mimo moich łez i próby uzyskania przyzwolenia – by może jednak nie karmić, bo tak strasznie boli – spotkała się z karcącym spojrzeniem. I znów jak bumerang: wyrzuty sumienia, łzy, wewnętrzne samookaleczenie się poczuciem winy.

Do tego mój własny tato: Jaką matką jesteś? Dlaczego nie chcesz ich nakarmić? Przestań myśleć o sobie! Zrób coś wreszcie! Nie bądź bierna! Teściowa: Nie poznaję Cię. Gdzie jest moja wesoła synowa? Jesteś jakby nieobecna…

Tak, byłam nieobecna. Spłynęło zbyt wiele uczuć, emocji, z którymi nie umiałam sobie poradzić. Gdyby nie mój mąż, który pozwolił mi na chwilowe odcięcie, odłączenie od całej sytuacji – skończyłabym w pokoju bez klamek. To on przejął wszelkie obowiązki i… naprawdę mam wrażenie, że do dziś dnia z niektórymi radzi sobie znacznie lepiej niż ja.

Minęło kilka dni. Nawał laktacyjny został przeze mnie opanowany. Na moich warunkach przystawiłam dzieci do piersi. Spokój nie trwał długo. O poranku, podczas przemywania rany, dostrzegłam krew. Ogrom krwi.

Powrót do szpitala, powrót do wspomnień sprzed kilku dni i tych samych złych emocji. Pękła źle zszyta rana poporodowa. Dwa dni w szpitalu. Bez nich. Kiedy, już zaczęłam je dostrzegać, powoli zaczęłam otwierać dla nich swoje serce.

Łzy, ból, rozpacz i znowu poczucie, że jestem nie dość dobrą i nie zasługuję na to, by być ich mamą. Na żądanie wypisana po jednej dobie z krwią w drenie – wróciłam do domu. I dopiero wtedy wróciłam jako mama. Wtedy zatęskniłam po raz pierwszy. I po raz pierwszy wiedziałam, że jestem gotowa. Kolejne tygodnie to najtrudniejszy do tej pory czas w moim życiu. Jednak stawiłam mu czoła.

Nie boję się jednak powiedzieć – przeszłam baby blues. I choć moje koleżanki się do tego nie przyznają, zapewne przynajmniej część z nich przechodziła przez to samo. Pocieszenie znaleźć można jednak w fakcie, że depresja poporodowa pojawia się niespodziewanie, ale równie nieoczekiwanie znika. Na dobre.


  • Jeżeli spodobał Ci się ten artykuł – udostępnij go dalej.
  • Na fan page’u na facebook’u dzieje się dużo więcej i z dużą dawką humoru. Wpadnij do nas!
  • Zapraszamy również do zapisania się na nasz newsletter.
  • Chcesz porozmawiać z innymi rodzicami bliźniaków i wieloraczków? Zapraszamy na forum!
  • Jeśli chcesz podzielić się swoją historią, opinią, doświadczeniem na łamach portalu, napisz do nas: kontakt@multirodzice.pl
  • W jakiejkolwiek innej sprawie – pisz również! Jesteśmy tu po to by porozmawiać, czasami ponarzekać, ale najczęściej się wspólnie pośmiać.
  • Będzie nam miło, jeśli dasz znać znajomym o multiRodzicach. Sharing is caring! :-)

Z zamiłowania dziennikarka, z powołania nauczycielka języka polskiego. Autorka powieści młodzieżowej: „Księżyc nad Świtezią”. Prywatnie: wielbicielka kuchni tajskiej, dalekich podróży i Denzela Washingtona. Od niedawna, niezbyt rozgarnięta, mama bliźniaczek i - co tu dużo mówić - szczęściara. Bezkompromisowa i szczera do bólu. W życiu kieruje się zasadą: co Cię nie zabije, to Cię wzmocni (co przy posiadaniu bliźniąt wydaje się być wyjątkowo trafne).

Dyskusja4 komentarze

  1. Rownież urodziłam bliźniaki na szczęście siłami natury godzinę po porodzie juz zajmowalams ile swoimi córeczkami nie byłam az tak obolała i byłam przeszczesliwa ze mam takie skarby od razu wiedziałam jak przebrać, do piersi nie umiałam i tez położna zle wytłumaczyła po dwóch dniach zrezygnowałam z karmieni piersią ponieważ nie podobało mi sie to i koniec nie robiłam tragedi ze wszystkiego

  2. Super, że o tym piszesz. Mnie się udało uniknąć tego doła, ale wiem jak o to łatwo. Miałam mnóstwo wsparcia od rodziny, bez tego nie wiem co by było. Teraz jestem w drugiej ciąży – bliźniaczej i wcale nie czuje się pewniej.

    • Patrząc wstecz – aż mnie ciarki przechodzą. Pierwsze miesiące to był koszmar. Nie boję się o tym mówić, choć narażam się na krytykę. Tyle, że za dużo jest już lukru w reklamach i kampaniach, a życie nie przygotowuje na to, co dostajesz z dzieckiem w pakiecie. Na szczęście to pewien etap, który trzeba przetrzymać. Potem jest już znacznie lepiej. Pozdrawiam i trzymam kciuki 🙂

Odpowiedz Joasia Anuluj

Ładowanie