Bilans dwulatka

Moje podejście do wychowania dzieci jest dość luźne. Wynika to zapewne z faktu posiadania dwójki na raz i niemożności zachowania się zawsze tak, jak opisują to podręczniki i poradniki. Nie reaguję więc, gdy ktoś mówi, że powinnam bardziej pilnować dziewczynek, że nie powinnam zostawiać ich samych na podwórku, że schodzenie dwulatka ze schodów jest niebezpieczne albo że małe nie powinny same się ubierać.

Moje dzieci wiele rzeczy robią bez mojego udziału, bo najzwyczajniej w świecie, nie ogarnęłabym towarzystwa samodzielnie. I tak dużą część doby spędzają, zwisając u mojej szyi po kolejnej kłótni, bójce czy awanturze.

Luźne jest także moje podejście do wizyt lekarskich. Jeśli objawy są typowe dla przeziębienia – nie wpadam w panikę. Mam zestaw leków, które przepisała mi pediatra za pierwszym razem i powielam schemat. Nie widzę potrzeby biegania do przychodni z byle katarem czy kaszlem.

Oczywiście nie bagatelizuję bólu gardła, temperatury czy kaszlu przewlekłego, na szczęście nie zdarzały się zbyt często.

Wszelkie wizyty dzieci zdrowych wynikających ze wcześniactwa dziewczynek także odbyłam. Ileż się nasłuchałam? Ileż zapowiedzi, dramatycznych wizji snuła jedna ze specjalistów… szkoda do tego wracać. Dziewczynki zostały przebadane na wylot i może dobrze. Jednak wtedy, kiedy nie jest to konieczne, nie odbywam wizyt lekarskich.

Długo zastanawiałam się nad bilansem dwulatka. Czego nowego mogę dowiedzieć się o córkach, z którymi spędzam niemal całą dobę (z wyłączeniem kilku godzin w pracy)? Jednak sprawdziłam w książeczce zdrowia, że zmierzone zostanie ich ciśnienie, sprawdzone umiejętności, być może otrzymamy także skierowanie na podstawowe badania krwi i moczu.

Poszliśmy więc. Niestety, po raz kolejny przekonałam się, że nie warto. W związku z ogromną liczbą chętnych, zostaliśmy przesunięci na godziny przyjmowania dzieci chorych. Naraziłam więc moje córki na kontakt z bakteriami i wirusami, czego nie lubię.

Po drugie, badania ograniczyły się do niezbędnego minimum: waga, wzrost (które znałam doskonale), żadnego pomiaru ciśnienia, żadnego badania wzroku. Wywiad, który mogłam przeprowadzić sama ze sobą. Szybkie zerknięcie na chód dzieci i gotowe.

Powiedzieć można by: bez szału. Żadnego cover testu (cokolwiek to znaczy), badania słuchu, jamy ustnej. Zależało mi też, by zbadać względnie długość kończyn dolnych – bo kiedyś powstała hipoteza, że mogą być nierówne (u jednej z córek), co oczywiście także zostało pominięte.

Jeśli sądzicie, że rozwój psychoruchowy Waszej pociechy zostanie poddany gruntownej ocenie – też nie macie na co liczyć. Całe szczęście, że mamy dobrego neurologa dziecięcego (także z racji wcześniactwa), który co dwa miesiące naprawdę rzetelnie przygląda się naszym dzieciom. W innym razie, zapewne ani rozwój mowy, ani ogólne odruchy czy niepokojące sygnały nie zostałyby zauważone.

Powiecie – może tak tylko u Ciebie? Może tylko u mnie w mieście. Rozmawiałam z mamami dwulatków, które bilansy odbyły u innych lekarek. Przemyślenia identyczne. Miały obawy, wątpliwości co do rozwoju mowy (brak wypowiadanych słów u dziecka jednej koleżanki), co do ogólnego rozwoju (dziecko patrzy w jeden punkt, słabo reaguje na imię) – jednak nie uzyskały pomocy, jedynie zdawkowe odpowiedzi. Smutne, ale prawdziwe. Oczywiście doradziłam im wizytę u dobrego neurologa. Ten sprawdza każdy aspekt rozwoju dziecka – i to nie pobieżnie, bo nagli go czas. Jeśli jest dobrym lekarzem, zauważy najdrobniejszy szczegół. Może początkowo Was zaniepokoić, co i u nas miało na pewnym etapie miejsce, ale też uspokoi lub skieruje do odpowiedniego specjalisty – jeśli zajdzie taka konieczność.

Jacy są Wasi pediatrzy? Jaki był Wasz bilans dwulatka? Czy później jest lepiej? Czy na bilansie czterolatka lekarze przykładają się bardziej? Przecież u przedszkolaka widać już wady wzroku, otyłość lub niedobór masy ciała, koślawość kończyn… Aż strach pomyśleć, co wynikać może z przeoczeń. I co wtedy? Pluć w brodę sobie, bo nie zmieniliśmy specjalisty czy napluć w twarz lekarzowi? Mam wciąż nadzieję, że później będzie lepiej albo przynajmniej trochę bardziej dokładniej. Cóż innego pozostaje.


  • Jeżeli spodobał Ci się ten artykuł – udostępnij go dalej!
  • Na fan page’u na facebooku dzieje się dużo więcej i z dużą dawką humoru. Wpadnij do nas!
  • Chcesz porozmawiać z innymi rodzicami? Zapraszamy do zamkniętej grupy na facebooku!
  • Jeśli chcesz podzielić się swoją historią, opinią, doświadczeniem na łamach portalu, napisz do nas: kontakt@multirodzice.pl
  • Będzie nam miło, jeśli dasz znać znajomym o multiRodzicach. Sharing is caring!

Z zamiłowania dziennikarka, z powołania nauczycielka języka polskiego. Autorka powieści młodzieżowej: „Księżyc nad Świtezią”. Prywatnie: wielbicielka kuchni tajskiej, dalekich podróży i Denzela Washingtona. Od niedawna, niezbyt rozgarnięta, mama bliźniaczek i - co tu dużo mówić - szczęściara. Bezkompromisowa i szczera do bólu. W życiu kieruje się zasadą: co Cię nie zabije, to Cię wzmocni (co przy posiadaniu bliźniąt wydaje się być wyjątkowo trafne).

Skomentuj

Ładowanie