Dostrzegamy zawsze to, co złe – także u naszych dzieci?

Zabiegani – takim przymiotnikiem można najtrafniej określić większość rodziców XXI wieku. Wciąż się spieszymy: do autobusu, do pracy, do urzędu, na pocztę, wreszcie do domu – do dzieci. Będąc gdzieś, często myślimy o tym, co mamy zrobić za kwadrans albo godzinę. Rozkojarzeni, zestresowani, w ciągłym napięciu. Nasze pole widzenia kurczy się. Nie potrafimy często spojrzeć szerzej, zobaczyć więcej. Dostrzegamy zawsze to, co złe – także u naszych dzieci. Kiedy się wzajemnie szarpią, kiedy coś sobie wyrywają, kiedy kłócą się i płaczą. Nigdy nie umknie naszej uwadze moment, gdy spadną z krzesła, rozbiją kubek, wyleją zupę na podłogę czy rozsypią paluszki. Pilnie śledzimy ich każdy krok z miseczką pełną owsianki, jakby czekając na ich potknięcie. Czy z taką samą precyzją przyglądamy się temu, co dobre? Czy nie przeszły obok nas momenty, które zdarzają się rzadko – może raz w ciągu dnia, ale powinny zostać dostrzeżone i dodać nam energii i motywacji na kolejne?

Chłopcy z Paktofoniki napisali dawno temu: Zachwycam się chwilami, jak dobrymi produkcjami. Film na siatkówce zdobywa nagrodę Grammy i później Odbierzcie dzisiejszy dzień jak podarunek*. Te słowa mogłyby stanowić moje aktualne motto. Jasne – bywam zmęczona, nie mam tak wiele cierpliwości, jakbym sobie tego życzyła, po południu marzy mi się wypicie kawy z książką albo chociaż gazetą w ręku. Ale czy to nie ja tak bardzo pragnęłam dziecka? Czy to nie ta sama ja marzyłam o tym, by czuć małe rączki wokół szyi? Dlatego wyostrzam wzrok i staram się nie przeoczyć żadnego z tych magicznych momentów. A jest ich, uwierzcie mi, całkiem sporo. Niektóre z nich powtarzają się cyklicznie i nabierają charakteru naszych małych rytuałów.

Lubię poranki. To nic, że czasem poranek zaczyna się o 5.50, częściej ok. 6.30. Nie myślę o tym, która jest godzina. Pierwsze ruchy w łóżeczku zwiastują koniec spania. Uśmiecham się sama do siebie i czekam. Słyszę wreszcie cichutkie, jeszcze mocno zaspane: mama! Podchodzę do łóżeczka, wyjmuję moją córkę i zabieram ją do wygrzanej przeze mnie pościeli. Ona już wie. Odsłaniam roletę w oknie dachowym znajdującym się tuż nad naszymi głowami. Jej główka dotyka mojej, palec wskazujący unosi się w górę i słyszę: niii… (czyli niebo). Potem już tylko leżymy, nic nie mówiąc, a jedynie patrząc w niebo. Nieważne, czy jasne czy ciemne, bezchmurne czy z białymi barankami. Trwa niezmiennie nad nami, a my jesteśmy blisko i razem.

Lubię moment tuż po śniadaniu dziewczynek. Siadam na hokerze w kuchni, a one na dywaniku w salonie układają klocki. Rozmawiają ze sobą w im tylko znanym języku. Są kłótnie, niejednokrotnie klocek ląduje na czyjejś głowie. Zawsze jednak pojawia się ten moment. Kiedy patrzą na siebie, uśmiechają się i zaczynają się przytulać. Ostatecznie ktoś ląduje na dywanie, ktoś drugi na nim. Jest dużo śmiechu. Są razem, są blisko. Bez względu na to, czy ktoś inny jest obok, zawsze będą miały siebie.

Lubię popołudnia. Kiedy wiem, że już nigdzie nie muszę jechać, niczego nie muszę organizować, dopatrywać, dopełniać. Mogę wtedy obserwować je do woli. Przez chwilę tańczą, ale tańczą tak, jakby nie istniał świat. Potem bawią się w swoje własne zabawy. Nadchodzi czas, gdy przypominają sobie o swojej matce. Wtedy przybiegają, wtulają się w moje ramiona i dają całusa, po czym, jak gdyby nigdy nic, wracają do poprzednich zajęć. Bo mama musi być stale obecna. Świadomość, że można przerwać zabawę i znaleźć zawsze gotowe ramiona mamy – jest najważniejsza, dla mamy zaś najprzyjemniejsza.

Lubię wreszcie chwile wieczorne, te tuż przed zaśnięciem dziewczynek. Każda z nich śpi w innym pokoju, gdyż nadal budzą się w nocy o różnych porach. Kiedy już są czyściutkie po kąpieli, ubrane w piżamki, wiedzą, że zaraz nastąpi nasza mała tradycja. Robią śmieszne miny i wskakują na ręce mamy i taty. Teraz całuski. Mama i Julka. Tata i Zuza. Mama i Zuza. Tata i Jula. Jula i Zuza. Wreszcie tata i mama. Teraz wszyscy mogą iść spać. Nieważne, jak minął nam dzień. Nieważne, czy ktoś miał dziś do kogoś pretensje – wieczorem nikt nie odchodzi bez całusa. Panuje zgoda. Jest bezpiecznie. Jesteśmy razem, jesteśmy blisko.

Każdego dnia znajdziemy przynajmniej jeden kadr, którego nie musimy uchwycić naszym aparatem czy drogim smartfonem. Nie musimy zapisywać go w pamiętniku ani opowiadać o nim naszym koleżankom z pracy. W tej samej piosence Paktofoniki usłyszysz: Koduję we fragmentach bądź całe. Zapamiętałem już ich bez liku. Wszystkie mam w sobie. Tak. Wszystkie miejcie w sobie. Wracajcie do nich, kiedy jest źle, kiedy brak humoru, kiedy czarne chmury nad Waszymi głowami.

*Paktofonika, Chwile ulotne, Kinematografia, 2000r.


  • Jeżeli spodobał Ci się ten artykuł – udostępnij go dalej!
  • Na fan page’u na facebooku dzieje się dużo więcej i z dużą dawką humoru. Wpadnij do nas!
  • Chcesz porozmawiać z innymi rodzicami? Zapraszamy do zamkniętej grupy na facebooku!
  • Jeśli chcesz podzielić się swoją historią, opinią, doświadczeniem na łamach portalu, napisz do nas: kontakt@multirodzice.pl
  • Będzie nam miło, jeśli dasz znać znajomym o multiRodzicach. Sharing is caring!

Z zamiłowania dziennikarka, z powołania nauczycielka języka polskiego. Autorka powieści młodzieżowej: „Księżyc nad Świtezią”. Prywatnie: wielbicielka kuchni tajskiej, dalekich podróży i Denzela Washingtona. Od niedawna, niezbyt rozgarnięta, mama bliźniaczek i - co tu dużo mówić - szczęściara. Bezkompromisowa i szczera do bólu. W życiu kieruje się zasadą: co Cię nie zabije, to Cię wzmocni (co przy posiadaniu bliźniąt wydaje się być wyjątkowo trafne).

Skomentuj

Ładowanie