Dwulatek z petardą w tyłku

Jeszcze kilka tygodni temu wieczorową porą miałam siłę, ba – miałam nawet ochotę napisać kilka słów o tym, co aktualnie boli mnie, przeraża czy fascynuje w moich córkach. Od jakiegoś czasu wieczorem nie mam już ochoty, nie mam kompletnie siły na to, by zasiąść przed ekranem komputera i sklecić zdania, które miałyby jakikolwiek sens.

Nie wiem, czy to wina powietrza, pogody czy nazbyt zróżnicowanej diety – jedno jest pewne: moje dzieci – dotąd energiczne, żywiołowe, z pasją – nie były jeszcze nigdy aż tak żywe, aż tak pełne energii i pomysłów. Mało tego – nawet snu potrzebują coraz mniej.

Niczym nakręcone zabawki budzą się skoro świt i potrafią niestrudzenie wymyślać nowe i wciąż nowe zajęcia, zabawy, psoty, przyprawiając mnie czasem o śmiech, częściej o śmiech przez łzy, a już najczęściej o obawę – czy nie padnę za moment na dywan, wcale nie podniosę korony i wcale nie powstanę.

Czy naprawdę wszystkie dwulatki tak mają? To dlatego na potęgę moje znajome i koleżanki wysyłają swoje dzieci do żłobków i przedszkoli mniej więcej w okresie ukończenia przez nie dwóch lat. To wcale nie dla dobra ich rozwoju, kształtowania umiejętności komunikacji, budowania relacji społecznych – one zwyczajnie nie dają już rady! Przecież jeden pobudzony (nie wiadomo czemu) dwulatek daje nieźle w kość, a już dwa takie typy – zamknijcie na moment oczy i spróbujcie sobie to wyobrazić.

Odnoszę wrażenie, że dwulatki ładują energię niczym kolektory słoneczne – w niezauważalny przeze mnie, acz odczuwalny sposób. Działamy na zasadzie antagonizmów: im ja mniej siły, tym one więcej. I kiedy marzę już tylko o tym, żeby usiąść na moment i pogapić się sufit, moje córki stoją na stole, siedzą w szufladzie w kuchni, zdejmują zdjęcia po uprzednim przysunięciu stoliczka do ściany, wygrzebują miód ze słoika, odkręcają listwy przypodłogowe, włączają i wyłączają oświetlenie led etc.

Zabawny komunikat wygłosiła moja szefowa tuż przed rozpoczęciem przerwy świątecznej: odpoczywajcie i nabierajcie sił – rzekła. Och, jakże odpoczywałam, wychodząc przez ostatnie cztery miesiące do mojej pracy, o ile mniej energii (choć uważam, że pożytkuję jej sporo) traciłam poza murami mego domu. Jakże łatwo przychodziło mi ujarzmianie niesfornych nastolatków. Tymczasem w domu, tuż po zamknięciu drzwi czekały one – z gotowym planem na resztę dnia, uwzględniając mnie w każdym przygotowanym wcześniej podpunkcie.

Kocham moje córki, jestem szczęśliwa, że dobrze się rozwijają, są kreatywne, mają siły i chęci do zabawy i początków nauki. Czekam jednak na wyrazy pocieszenia od rodziców z większym doświadczeniem oraz na zapewnienia, że energia dwulatka to jakaś bliżej nieokreślona kumulacja sił z poprzednich 24 miesięcy i że wraz z kolejnymi tygodniami wrócimy do względnej równowagi.

W przeciwnym razie muszę znaleźć sposób na doładowanie akumulatorów, bo przewagę liczebną już mają, teraz doszła jeszcze przewaga sił, pozostaje mi tylko przewaga wieku i doświadczenia – ale czy to na pewno wystarczy?


  • Jeżeli spodobał Ci się ten artykuł – udostępnij go dalej!
  • Na fan page’u na facebooku dzieje się dużo więcej i z dużą dawką humoru. Wpadnij do nas!
  • Chcesz porozmawiać z innymi rodzicami? Zapraszamy do zamkniętej grupy na facebooku!
  • Jeśli chcesz podzielić się swoją historią, opinią, doświadczeniem na łamach portalu, napisz do nas: kontakt@multirodzice.pl
  • Będzie nam miło, jeśli dasz znać znajomym o multiRodzicach. Sharing is caring! :-)

Z zamiłowania dziennikarka, z powołania nauczycielka języka polskiego. Autorka powieści młodzieżowej: „Księżyc nad Świtezią”. Prywatnie: wielbicielka kuchni tajskiej, dalekich podróży i Denzela Washingtona. Od niedawna, niezbyt rozgarnięta, mama bliźniaczek i - co tu dużo mówić - szczęściara. Bezkompromisowa i szczera do bólu. W życiu kieruje się zasadą: co Cię nie zabije, to Cię wzmocni (co przy posiadaniu bliźniąt wydaje się być wyjątkowo trafne).

Skomentuj

Ładowanie