Dzieci a tolerancja

Moje córki prowadzą ostatnimi czasy wyjątkowo ciekawe dialogi. Wszystkich kochają, wszyscy dookoła są ładni. Nie ma znaczenia płeć, kolor skóry czy rodzaj włosów. Jedna oznajmiła, że pani przechodząca obok jest piękna i mogłaby zostać jej żoną. Drugiej spodobała się wytatuowana dziewczyna w galerii i oznajmiła, że też zrobi sobie takie rysunki jak dorośnie. Rzec można by: tolerancja, równość – brawo! W naszym domu nigdy nie dzieli się w rozmowie ludzi na gorszych i lepszych, biednych i bogatych, homo i heteroseksualistów, białych i czarnych. To po prostu ludzie: sąsiedzi, przechodnie na ulicy, sklepikarze. Ludzie.

W moim domu rodzinnym było nieco inaczej. Na szczęście szybko dostrzegłam, że można mieć inne poglądy niż te należące do mojego taty i nigdy nie byłam anty –… , raczej filo -… Do dziś tata powtarza mi, że jestem naiwna, zbyt ufna, infantylna w swojej wierze w drugiego człowieka. A jednak – dobrze się z tym czuję i czuję się dobrze sama ze sobą. Tego życzę też moim córkom. Jeśli więc nie będę miała zięcia, a synową – przyjdzie mi się z tym zmierzyć, a potem z tego cieszyć.

Martwi mnie jednak coś zupełnie innego. Mieszkam w dość dużym mieście, w  – zdawałoby się – cywilizowanym świecie i sytuacje, które opiszę nie powinny mieć (w mojej naiwności) miejsca. A jednak. Rzadko mocno się bulwersuję. Nie znoszę jednak każdego przejawu nietolerancji. Zwłaszcza tej w najbardziej prymitywnej i chamskiej formie.

Sytuacja 1:

Idziemy z dziewczynkami na spacer. Przed nami pani z kilkulatką. Mimochodem dostrzegam makijaż u dziecka, ale staram się zrozumieć, nie komentuję pod nosem. Chcąc nie chcąc, słyszę monolog pani:

„O widzisz, tej pani nie lubimy. Ta pani jest brudna i przenosi zarazki. Nie chciało się jej pracować, więc teraz siedzi tutaj i musimy ją każdego dnia oglądać”.

Reakcji dziecka brak. Ziarno w umyśle dziecka zasiane.

Kiedy pracowałam w lokalnej gazecie, dobrych parę lat temu, miałam okazję robić obszerny reportaż dotyczący noclegowni dla bezdomnych mężczyzn. Spędziłam w ich towarzystwie sporo czasu, poznając ich historie. Historie fascynujące, wzruszające i skłaniające do refleksji. Staram się opowiadać o nich moim uczniom, a kiedy moje córki będą gotowe, przekażę je także im. Wiem, że bezdomnym człowiek się nie rodzi, a życie pisze naprawdę dziwne scenariusze. Nie życzę Pani, którą spotkałam, niczego złego, życzę jej większej empatii.

Sytuacja 2:

Forum dla matek. Pisze jedna z nich (pisownia oryginalna):

Chciałam tym ludziom przekazać co byli dzisiaj w wodnym parku w centrum poczytajcie cholera jasna o łuszczycy ją się nie zaraza to nie jej wina że trafilo na nia a przez wasze zgłaszanie na moje dziecko zostaliśmy wyproszeni dziecka z płaczem wyszlo. Bardzo dziekuje”.

Niedawno w moim mieście otwarty został wodny park rozrywki. Dostępny w założeniu dla każdego, bezpłatny. Czytam zatem ów post i wyobrażam sobie sytuację, w której mała bezbronna dziewczynka, dodajmy: z chorobą, której przecież sama nie wybrała, przy wszystkich rówieśnikach zostaje wyproszona i pozbawiona możliwości zabawy. Zapewne nie rozumie, dlaczego tak się dzieje, skoro wodny plac jest ogólnodostępny. Zapewne wyobraża sobie, że zrobiła coś złego albo jeszcze gorzej – czuje się gorsza od pozostałych i zaczyna mieć kompleksy… Wiem, rozpędziłam się.

Jest mi przede wszystkim przykro, choć nie – przede wszystkim czuję się zażenowana i zawstydzona. Dopiero później jest mi przykro. Większość matek zareagowała od razu (pisownia oryginalna):

***

„Ja bym to zgłosiła do osób które odpowiadają za ten płac wodny , aby doszkolili osoby które rzekomo robią selekcje kto może tam być a kto nie!!! Żenujące jest to zdarzenie masakra jakaś”.

***

„Masakra!!! Nie wiedza i zwykla pogarda pfu! Masakra co za tuki chodzą po tym świecie i są rodzicami! Jak tak można! A co za obsługa? Normalnie widać kształtujące się społeczeństwo z cyklu a kogo tu dzisiaj… Nie bd cytować”.

Inne dodały swoje przerażające historie:

„Kiedyś na basenie do mojego dziecka przytulał się chłopiec z zespołem Downa, wtedy też jedna  błyskotliwa mamusia zapytała mnie czy nie boję się że moje dziecko się zarazi… Ot mądra głowa”.

Choć pod wyznaniem kobiety znalazło się niemal 300 komentarzy, z których bije solidarność z nią i jej dzieckiem, to przecież znalazły się też te matki, które brzydziły się małej dziewczynki, a następnie pozbawiły ją możliwości kontaktu z innymi dziećmi, donosząc na nią niewykwalifikowanej obsłudze. Ich dzieci zapewne były świadkami tego wydarzenia, mleko się rozlało, wzorce zostały przekazane.

Sytuacja 3:

Opowieść mojej koleżanki. Komunikacja miejska. Pani z kilkuletnim synem prowadzi rozmowę. Wsiada czarnoskóry mężczyzna, wzbudzając zainteresowanie chłopca.

„- Mamo, a to jest Murzyn?

– Tak, ten pan jest Afrykaninem.

– A Murzyny mają ogon?

– Nie, Murzyni to też ludzie. Przestań proszę patrzeć na pana, to niegrzeczne”.

Niby nic. Powiecie, że się czepiam. Być może. To, na co obie zwróciłyśmy uwagę to brak wyczucia i pseudotolerancja. Niby pani stara się być uprzejma. Niby grzecznie tłumaczy synkowi świat. Jednak określenie Afrykanin jest z grubsza nieadekwatne, a już sformułowanie to TEŻ ludzie akcentuje drugorzędność czy mniejszość obserwowanego mężczyzny. Niedelikatność językowa, ignorancja, tumiwisizm.

Nie godzę się na taki świat. Świat przesiąknięty niewiedzą, homofobią, uprzedzeniami. Świat, w którym kolejnemu pokoleniu przekazuje się półprawdy, słabe wzorce. Świat, w którym zabija się pierwotną miłość dziecka do wszystkiego, co żyje i co jest dobre.

Tata ma rację. Naiwna i infantylna w swojej wierze w drugiego człowieka…


  • Jeżeli spodobał Ci się ten artykuł – udostępnij go dalej!
  • Na fan page’u na facebooku dzieje się dużo więcej i z dużą dawką humoru. Wpadnij do nas!
  • Chcesz porozmawiać z innymi rodzicami? Zapraszamy do zamkniętej grupy na facebooku!
  • Jeśli chcesz podzielić się swoją historią, opinią, doświadczeniem na łamach portalu, napisz do nas: kontakt@multirodzice.pl
  • Będzie nam miło, jeśli dasz znać znajomym o multiRodzicach. Sharing is caring! :-)

Z zamiłowania dziennikarka, z powołania nauczycielka języka polskiego. Autorka powieści młodzieżowej: „Księżyc nad Świtezią”. Prywatnie: wielbicielka kuchni tajskiej, dalekich podróży i Denzela Washingtona. Od niedawna, niezbyt rozgarnięta, mama bliźniaczek i - co tu dużo mówić - szczęściara. Bezkompromisowa i szczera do bólu. W życiu kieruje się zasadą: co Cię nie zabije, to Cię wzmocni (co przy posiadaniu bliźniąt wydaje się być wyjątkowo trafne).

Skomentuj

Ładowanie