„Gdy moje dziecko tylko zaczyna popłakiwać, daję czopek w tyłek i ma odlot”

Mówi się, że przy pierwszym dziecku człowiek reaguje wszystko inaczej niż przy każdym kolejnym. Jako że moje pierwsze i drugie dziecko pojawiły się na świecie w ciągu dwóch minut, moje doświadczenia odbiegają nieco od normy. Nie nazwałabym siebie matką histeryczką, matką czarnowidzem czy matką przewrażliwioną – sama dziwię się sobie, że do macierzyństwa podeszłam raczej z dużą dawką luzu. Jedyny aspekt rodzicielstwa, który mnie stresował od momentu urodzenia dziewczynek to choroba i postępowanie w jej trakcie. Dziś, gdy mają prawie dwa lata znacznie łatwiej podejmować mi pewne decyzje i nie przysparza mnie o ból głowy podwyższona temperatura. Jednak, kiedy miały kilka dni, a później kilka miesięcy – każde podanie leku rozważałam przez dłuższą chwilę, a diagnozę chciałam usłyszeć z ust przynajmniej dwóch lekarzy.

Lekarstwa ratują życie, to nie ulega wątpliwości, jednak podawane lekkomyślnie i w nadmiarze sieją spustoszenie w naszym organizmie, o czym świadczą czterostronicowe ulotki, w których najwięcej miejsca poświęcone jest skutkom ubocznym występującym po zastosowaniu specyfiku. Jak zatem miałabym narażać moje maleństwa na konsekwencje, gdy podanie leku byłoby nieuzasadnione?

Lek przeciwgorączkowy na ząbkowanie

Może jestem nadto bojaźliwa, może zbyt emocjonalnie reaguję. Może. Jednak naprawdę zadziwia mnie, z jaką łatwością mamy z bliskiego mi otoczenia podają dziecku lekarstwa. I tak, dla przykładu, słyszę ostatnio, że: Mały jest rozdrażniony od kilku dni z powodu ząbkowania, więc aplikuję mu kilka razy dziennie (tu nazwa środka zbijającego gorączkę, o działaniu przeciwzapalnym i przeciwbólowym), żebyśmy mogli z nim jakoś wytrzymać.

Czopek na święty spokój

Na tę kwestię inna mama odpowiada, zanosząc się śmiechem: Coś Ty, ja mojemu, gdy tylko zaczyna popłakiwać, daję czopek w tyłek i ma odlot (czopek, co prawda, ziołowy, jednak w ulotce można wyczytać, że nie powinien być stosowany dłużej niż kilka dni z rzędu).

Antybiotyk na katar

Ten przykład jest mniej przerażający niż kolejne. Może jestem szczęściarą, której dzieci chorowały tylko dwa razy od urodzenia (mówię o chorobie – z temperaturą powyżej 39 stopni i objawami, które mogły wywołać rzeczywisty niepokój), nie licząc jeszcze dwóch wirusów zwanych powszechnie jelitówką – z tymi radziliśmy sobie bez większych problemów przy pomocy elektrolitów i kompotu z jabłek. Może. Jednak katary i kaszel zdarzają się i nam. Przechodząc do meritum – ileż razy słyszę, że moja koleżanka, kolega, znajoma mojej mamy czy współpracownik męża – z tymi oto katarami i kaszlem, udając się do lekarza pediatry otrzymują od razu receptę na antybiotyk. O zgrozo! Naprawdę? Skąd ta tendencja? Nie mam zielonego pojęcia. Wiem tylko – z opowieści matek i ojców – że przerażeni, niedoświadczeni, bezgranicznie ufający swojemu lekarzowi prowadzącemu, stosują się do jego zaleceń i przy „byle kaszlu” podają dziecku lek, który nie jest mu w danym momencie potrzebny. Bez zlecenia dodatkowych badań, bez dokładnego wywiadu – lekarz przepisuje antybiotyk „dla świętego spokoju”.

Aby nie popaść w przesadę – nie mam wiedzy medycznej, kieruję się tylko intuicją i zdrowym rozsądkiem. Jednak, kiedy widzę, że moje dziecko tylko kaszle, stosuję syrop – najlepiej na bazie naturalnych składników i obserwuję. Rzecz jasna – antybiotyk wykupić mogę i przetrzymać w szafce, ewentualnie sięgnąć po niego, gdy zajdzie taka konieczność.

Co dodatkowo niepokoi – nadal nie wszyscy lekarze przepisują przy antybiotykoterapii probiotyk działający osłonowo. I też nadal nie wszystkie mamy taki stosują.

Nieświadomość można jeszcze jakoś tłumaczyć, natomiast nie znajduję litości i tłumaczenia dla rodziców, którzy faszerują swoje mniejsze bądź większe pociechy na potęgę suplementami, kroplami do nosa podrażniającymi śluzówkę, zbijają temperaturę około 38 stopni, z umiłowaniem podają tabletki na kaszel z kodeiną, nie przejmują się zaleceniami, że lek nie nadaje się dla dzieci poniżej 1 lub 3 roku życia. Leki to nie cukierki, choć i te używane nagminnie i w nadmiarze powodują mdłości. Mamo, tato – zanim zaaplikujesz swojemu dziecko produkt z apteki – poczytaj, przeanalizuj, skonsultuj – by mieć spokojną głowę, a nie tylko święty spokój.


  • Jeżeli spodobał Ci się ten artykuł – udostępnij go dalej!
  • Na fan page’u na facebooku dzieje się dużo więcej i z dużą dawką humoru. Wpadnij do nas!
  • Chcesz porozmawiać z innymi rodzicami? Zapraszamy do zamkniętej grupy na facebooku!
  • Jeśli chcesz podzielić się swoją historią, opinią, doświadczeniem na łamach portalu, napisz do nas: kontakt@multirodzice.pl
  • Będzie nam miło, jeśli dasz znać znajomym o multiRodzicach. Sharing is caring! :-)

Z zamiłowania dziennikarka, z powołania nauczycielka języka polskiego. Autorka powieści młodzieżowej: „Księżyc nad Świtezią”. Prywatnie: wielbicielka kuchni tajskiej, dalekich podróży i Denzela Washingtona. Od niedawna, niezbyt rozgarnięta, mama bliźniaczek i - co tu dużo mówić - szczęściara. Bezkompromisowa i szczera do bólu. W życiu kieruje się zasadą: co Cię nie zabije, to Cię wzmocni (co przy posiadaniu bliźniąt wydaje się być wyjątkowo trafne).

Skomentuj

Ładowanie