„Jak moje dziecko płacze, zostawiam je w łóżeczku i wychodzę do drugiego pokoju”

W internetach, ale i realnym życiu matki biją się o rację:

  • Która jest lepszą matką, bo rodziła naturalnie. Nie to co te pseudo-matki, które z wygody i lenistwa dały sobie brzuch pokroić.

  • Która jest lepszą matką, bo karmiła piersią. Nie to co te pseudo-matki, które z byle powodu karmią dziecko chemią i syfem (zasłyszane w sali poporodowej).

  • Która jest lepszą matką, bo śpi z dzieckiem w łóżku. Nie to co te pseudo-matki, które skazują swoje dziecko na spanie choćby obok, ale w dziecięcym łóżeczku.

To wszystko jest dla mnie wydumaną bzdurą na resorach. Bull shitem. Wiadomo, że w większości przypadków poród naturalny jest najlepszą wersją porodu – ale istnieją przypadki, gdy jest w ogóle niemożliwy, albo na tyle trudny, że może stanowić zagrożenie dla matki czy dziecka. Wiadomo, że mleko matki jest najlepszym pokarmem dla dziecka – ale bywa, że karmienie piersią staje się niemożliwe z różnych powodów. Wiadomo, że bliskość fizyczna matki jest bardzo ważna w rozwoju niemowlęcia – ale niekoniecznie musi się ona objawiać wspólnym spaniem.

Wojenki na te tematy powinny się już dawno zakończyć, a raczej nigdy nie rozpoczynać.

Jest jednak coś, o czym się zbyt mało mówi, a nawet zbyt mało trąbi zarówno w internetach jak i w codziennym życiu. Co więcej z przerażeniem obserwuję zatrważającą liczbę osób płci obojga, hołdujących barbarzyńskim metodom „wychowywania” noworodków i niemowląt.

Gdy moje dzieci miały dwa miesiące i jeden z synków płakał – a płakał dużo, często i głośno, usłyszałam od jednej osoby (nazwijmy ją Osobą X) taką złotą radę i diamentowe rozwiązanie problemu:

– Za niedługo będzie już ciepło, to się rozłoży koc za domem, położy się tam krzykacza i będzie mógł wrzeszczeć do woli.

Początkowo myślałam, że to taki ludowy, ponury żart i nie zareagowałam na tą dziwną poradę. Z czasem okazało się, że Osoba X wcale nie żartowała – sama tak „wychowywała” swoje dzieci… I odnosiła spektakularne sukcesy: z czasem dzieci przestawały płakać, choć w trudnych początkach tresury ich płacz trwał długo.

Gdy uświadomiłam sobie, że to nie żart i nie film z gatunku horrorów, albo science-fiction, to najpierw oblały mnie zimne poty, a później krew nagła zalała. Wycedziłam przez zęby Osobie X, że być może ona stosowała „zimny wychów cieląt”, ale wara z takimi metodami od moich dzieci!

Gdy ochłonęłam, zaczęłam sobie tłumaczyć i pocieszać samą siebie: „To przeszłość. Tak było kiedyś, w dawnych czasach, w poprzedniej epoce, która co prawda jawi mi się jak epoka kamienia łupanego, ale cóż… takie były czasy. Nie było edukacji, książek, dostępu do psychologów dziecięcych, nie było internetu – nie było tej wiedzy, którą mamy teraz. Teraz to zupełnie coś innego. Teraz inaczej wychowuje się dzieci”.

Tak właśnie myślałam. Od tamtego czasu, a minęły dwa lata, wielokrotnie przekonywałam się jak bardzo się myliłam w swoim myśleniu.

To się cały czas dzieje. Z pokolenia na pokolenie robimy to swoim własnym dzieciom. Zachowujemy się gorzej niż zwierzęta, bo zwierzęta, kierowane instynktem, reagują na płacz swoich młodych. Zdrowe psychicznie samice ssaków (i nie tylko) dbają o swoje nowo narodzone dzieci często lepiej niż robi to homo sapiens…

Niedawno zadzwoniła do mnie koleżanka, która od dwóch tygodni była świeżo upieczoną, debiutującą w swojej roli mamą. Jej dziecko miało już wtedy silne bóle brzuszka, niedługo później zdiagnozowane jako kolki.

– Mała prawie cały czas płacze. Uspokaja się tylko u mnie, jak kładę ją sobie na piersi, czy na brzuchu – powiedziała.

Nie zdążyłam nic odpowiedzieć, gdy usłyszałam:

– Ale wszyscy wokół mówią, żebym jej tak nie brała na ręce, bo ją przyzwyczaję. Że już mną manipuluje, bo przestaje płakać, jak tylko ją przytulę. Że już jest z niej mała terrorystka.

Zmroziła mnie ta opinia Wszystkich. Ci Wszyscy, to jej bliższa i dalsza rodzina, przedstawiciele obu płci i dwóch pokoleń. Ci Wszyscy to osoby wykształcone, na co dzień zrównoważone, bez skłonności sadystycznych. Każda z tych osób posiada swoje własne dziecko lub dzieci. Każda z tych osób posiada również tajemną wiedzę na temat możliwości manipulacji rodzicami przez dwutygodniowe noworodki, a także ma obsesję ataku terrorystycznego czy to we własnym, czy to w cudzym domu.

Gdy słyszę tak absurdalne opinie ludzi, których do tej pory uważałam za pełnosprawnych intelektualnie i emocjonalnie, to zaczyna brakować mi słów, bo pozostają tylko te niecenzuralne. Podczas naszej rozmowy telefonicznej zatkało mnie na tak długo, że moja koleżanka zdążyła jeszcze powiedzieć:

– Wiesz, córeczka M. (jej znajomej, również od trzech tygodni mamy po raz pierwszy), to zupełnie inne dziecko od mojego. Ciche, spokojne, tylko śpi i je. Tylko że M. zupełnie inaczej podchodzi do tego wszystkiego. Ostatnio powiedziała mi, że jak jej dziecko płacze, to ona zostawia je w łóżeczku i wychodzi do drugiego pokoju. Żeby małej nie przyzwyczajać, bo wejdzie jej na głowę.

Tym razem zachciało mi się płakać. Zrobiło mi się ogromnie żal tych wszystkich dzieci, które kiedyś i teraz były i wciąż są zostawiane same w łóżeczkach, w ciemnych pokojach przez własne matki.

– Potrafisz sobie wyobrazić swoją córeczkę w wieku 2-3 lat? – spytałam koleżankę.

– Tak – odpowiedziała.

– A potrafisz sobie wyobrazić, że płacze i mówi ci: „Mamusiu, bardzo boli mnie brzuszek”, albo „Mamusiu, bardzo się boję ciemności”?

– Tak…

– A czy potrafisz sobie wyobrazić, że zostawiasz wtedy swoje własne dziecko w ciemnym pokoju, wychodzisz i zamykasz za sobą drzwi, po czym słuchasz jej krzyku i płaczu, spokojnie pijąc herbatę, albo malując sobie paznokcie?

– Nie. Nie potrafię.

A Ty, droga Mamo? Potrafisz?…

Tak trudno jest sobie wyobrazić i poczuć to, co czuje TWOJE dziecko?

 

P.S. Na szczęście w sieci pojawia się coraz więcej głosów świadomych rodziców, którzy piszą jak bardzo szkodliwe dla dziecka jest wypłakiwanie się (ang. cry it out) i nagłaśniają problem.

Tu mocny tekst nawiązujący m.in. do tresury zwierząt:

Niemowlęta które straciły nadzieję? Trening snu, a wyuczona bezradność

Blog Ojciec pisze:

Zasypianie ze łzami w oczach

Niezastąpiona Hafija:

Cry it out (pl. daj mu się wypłakać) – działanie wbrew naturze człowieka

 

Oby więcej takich uświadamiających tekstów w sieci!


 

  • Jeżeli spodobał Ci się ten artykuł – udostępnij go dalej.
  • Na fan page’u na facebook’u dzieje się dużo więcej i z dużą dawką humoru. Wpadnij do nas!
  • Zapraszamy również do zapisania się na nasz newsletter.
  • Chcesz porozmawiać z innymi rodzicami bliźniaków i wieloraczków? Zapraszamy na forum!
  • Jeśli chcesz podzielić się swoją historią, opinią, doświadczeniem na łamach portalu, napisz do nas: kontakt@multirodzice.pl
  • W jakiejkolwiek innej sprawie – pisz również! Jesteśmy tu po to by porozmawiać, czasami ponarzekać, ale najczęściej się wspólnie pośmiać.
  • Będzie nam miło, jeśli dasz znać znajomym o multiRodzicach. Sharing is caring! :-)

Kiedyś miłośniczka podróży i przygód podwyższających adrenalinę. Obecnie uskutecznia głównie podróże pojazdem trójkołowym do klubu malucha i z powrotem, a adrenalinę ma wiecznie podwyższoną poczynaniami wszędobylskich, bliźniaczych potomków. Kocha swoją rodzinę, przyjaciół, dobry film i jeszcze lepszą książkę, fotografię, Kraków, kawę z pianką, jazdę na motorze i bycie mamą.

Dyskusja7 komentarzy

  1. Sama jestem mamą której niespelna trzytygodniowy synek od urodzenia potrzebowal bliskosci i sypial najspokojniej na mojej piersi… na poczatku noce przesypial w lozeczku mniej lub bardziej spokojnie jednak podczas bolow brzuszka bardzo potrzebowal mamy. Kiedy mial 7 tygodni zaczelam martwic sie kiedy zacznie spac w lozeczku ale jednoczesbue nie potrafilabym zostawic tej kochanej buzki smutnej i samotnej, bylsm wtedy u swojej ginekolog, która (o zgrozo!)zasygerowala mi metode zostawiania dziecka samego – niech placze i sam usnie… a Ty idź wez prysznic… wydaje mi sie to bardzo bestialski sposób… bardzo chce zeby moj synek zaczal spac sam aby mieć chociaż noc sam na sam z mezem ale w świetle tego ze moj nowonarodzony synek dzieki mojej bliskosci czuje sie bezpieczny, spokojny, kochany i usmiecha sie przez sen nie wyobrazam sobie na sile go wciskac w lozeczko. wole wybrac dluzsza droge z ukladaniem dziecka stopniowo do lozeczka, przytulnie kiedy potrzebuje i wierze ze dzieki temu poczuje sie bezpiecznie we własnym lozku i w koncu bedzie tqm spokojnie spal 🙂

    • Mario, nie wiem czy Twój synek to Twoje pierwsze dziecko, ale jeśli tak to: dobrze to robisz! 🙂
      Wierzę (wiem to!!!), że nasz wysiłek w wstawanie, przytulanie, lulanie, gdy trzeba, gdy dziecko płacze – to nasza inwestycja w przyszłość. I to nie tylko przyszłość naszego dziecka, w jego poczucie bezpieczeństwa i własnej wartości, ale i w naszą przyszłą relację z dzieckiem.
      To wszystko kiedyś Ci zaowocuje 🙂 Zresztą już owocuje, bo co posiejesz, to zbierzesz 🙂
      Pozdrawiam serdecznie!

  2. Przyjemnie sie Ciebie czyta. Tak po prostu.. Mam 8,5msc synka. Przezylismy etap bolesnych kolek, plynnie przeszliśmy w bolesne ząbkowanie. Tyle cierpień musi znieść ten mały człowiek, ze nie potrafiłabym dołożyć mu kolejnego w postaci utraty zaufania do mamy. Moim zadaniem jako mamy jest,utulenie jego bolu i smutku. Gdzie jak nie w moich ramionach ma sie poczuć bezpieczny i ważny. Tak jak i Ty nie potrafiłabym go zostawić samego w łóżeczku, żeby sie wyplakal.

    • Dziękuję, Malwina 🙂
      Tak jak napisałam powyżej, do komentarza Marii – to wszystko co teraz robimy i jak to robimy, to bardzo ważny początek naszej relacji z dzieckiem.
      Wierzę, że takie mamy jak Ty będą miały same piękne, otwarte i bliskie relacje ze swoimi dziećmi.
      Pozdrawiam!

  3. Bardzo fajny tekst. I potrzebny. I mnie się nie raz zdarzyło usłyszeć podobne słowa. Komentarze w stylu: popłacze to mu przejdzie, albo przyzwyczaiłaś to masz. Masakra. Mam dwóch synków 8 lat i 8 miesięcy i tak jak jednemu nie szczędziłam przytulania tak i drugiego nie zostawiam samego kiedy płacze. Przecież mama wie najlepiej co dolega jej maleństwu i jeśli płacze to najwyraźniej jej potrzebuje a nie ma taką zachciankę. I powiem wam dziewczyny, świerze mamy, kobiety walczące z „dobrymi radami”, że nic lepszego dziecku nie potrzeba niż uczucie bliskości i troski od najbliższej osoby na świecie. Dziś moje starsze dziecko odwdzięcza mi się tym, że to co dostał ode mnie przelewa na brata. Reaguje na każdy płacz i każde nieszczęście młodszego braciszka. Ale też jest empatyczny w stosunku doinnych ludzi. Nie raz słyszałam: „o jaki troskliwy chłopiec”. Tak, troskliwy i kochający, ale te uczucia oraz poczucie bezpieczeństwa ktoś mu musiał przekazać.

    • Świetne podsumowanie, Małgosiu!
      Dokładnie jest tak jak piszesz: nawet nie chodzi o to, że ile i co damy dziecku tyle dostaniemy w zamian, ale ile damy dziecku – tyle będzie jego. Na przyszłość, dla jego rozwoju psychiki, emocji, empatii, o której piszesz.
      Gratuluję synków i pozdrawiam serdecznie!

Skomentuj

Ładowanie