Nie taki żłobek straszny – czyli akcja adaptacja zakończona sukcesem

Nastawiłam się bojowo. Wiedziałam, że zmierzę się z trudnym przeciwnikiem. Przygotowana byłam na marudzenie, ściąganie z łóżka, odrywanie od matki, płacz, lament i odmowę jedzenia.

Czas aklimatyzacji zbliżał się i nie można się już było wycofać.

Wszystkie historie znajomych mam układały się w jeden koszmarny film stający mi przed oczyma codziennie przed zaśnięciem. Wyobrażałam sobie traumę, którą ja – wyrodna matka – zafunduję za moment moim słodkim córeczkom.

Przyszedł sierpień i wrzesień. Rozpoczęliśmy etap żłobka.

Wszystkie moje obawy okazały się bezzasadne. Ile dzieci, tyle reakcji. Moje poradziły sobie nad wyraz dzielnie. Dlaczego? Mam nieodparte wrażenie, że dlatego, iż są razem. Dwie. Siostry dzielące dolę i niedolę.

Ale od początku.

Adaptacja żłobkowa przebiegła świetnie. Sądzę, że to zasługa wykwalifikowanej kadry, która na bazie doświadczeń stworzyła już odpowiedni model działania.

Matka – najmniej mile widziana osoba w żłobku, powinna ograniczyć swoją aktywność do minimum. Tata zawozi, dziadek przywozi – taki schemat działa u nas perfekcyjnie. Czasem muszą pojawić się roszady, ale nie jest źle. Rozstanie z tatą przebiega znacznie łagodniej niż z mamą i wiedzą o tym chyba wszystkie pedagożki, psycholożki, nauczycielki i same mamy.

Bez sentymentów – nie było u nas biadolenia, użalania się, nagradzania za to, że dziewczynki idą do żłobka. To ich obowiązek, o czym zostały poinformowane. Wiedzą, że mama i tata udają się do pracy, więc one nie mogą zostać same w domu. Zachęcamy, dodajemy otuchy, ale nigdy się nie rozczulamy.

Książeczki edukacyjne – niewątpliwie strzał w dziesiątkę. Jakieś dwa miesiące przed wysłaniem dziewczyn do żłobka, zaczęliśmy czytać wieczorami książki o przedszkolu, o dniu przedszkolaka i po kolei przedstawiać córkom etapy dnia w placówce. Nie były przez to niczym zaskoczone. Powiedziały nam, że wszystko jest jak w książeczce. Wiedziały, że dostaną własne szafeczki, że będą spały na swoich materacykach, że między kolejnymi partiami zabawy, trzeba coś przekąsić.

Wszystko przebiegało dobrze do czasu pierwszej choroby. Choroby jednej z córek, drugiej udało się zwalczyć infekcję samodzielnie. I tutaj zaczęliśmy się głowić: wysyłać jedną samą, drugą zostawiając w domu? Na nasze rozważanie, bezradność odpowiedziała sama zainteresowana: idzie sama do żłobka, siostra zostaje w domu, bo jest chora. Byliśmy zszokowani jej reakcją. Zwłaszcza, że w domu zostawała nasza towarzyska i otwarta Julia, a sama pójść miała zdystansowana i ostrożna Zuza. Posłuchaliśmy jednak naszego dziecka. Poradziła sobie. Rytm został zachowany. Jednak opiekunka grupy od razu spostrzegła, że jest inaczej. Zuza nie chciała iść w parze na spacer z innym dzieckiem, nie bardzo umiała odnaleźć się w grupie. Bez siostry było jej źle.

Razem raźniej – wiedzieliśmy o tym od zawsze. Zuza jednak nie rezygnowała i przez cały tydzień dzielnie stawiała czoła nowym wyzwaniom. Bez przymusu i nacisków. Codziennie pozostawialiśmy jej wybór: dom czy żłobek.

Teraz obie rano wychodzą ze swoimi plecaczkami do żłobka. Plusy, minusy tej instytucji? Widzę tylko te pierwsze.

Dziewczynki pięknie jedzą, zaczęły dużo sprawniej posługiwać się sztućcami. Wreszcie robimy powoli milowy krok, jakim jest pozbycie się pieluchy – też zasługa grupowego sikania w żłobku. Śpiewają piosenki, liczą po angielsku, przynoszą ciągle nowe historie i opowiastki. Mają zajęcia z logopedą, rytmikę i panie z mnóstwem pomysłów.

Czy polecamy żłobek? Z całą pewnością. Rodzicielska nauka to jedno, ale przebywanie w grupie rówieśniczej – to drugie. Nawet, gdy ma się siostrę bliźniaczkę, dobrze jest poznać nowe osoby, nawiązać nowe znajomości i przede wszystkim dobrze się bawić.

Czego chcieć więcej? Lepszej odporności. Zabiegamy o nią codziennie, stosując odpowiednią dietę, suplementację i ruch na świeżym powietrzu.

Dom też smakuje lepiej, po półdniowej przerwie od znanych zabawek, miejsc, ludzi i posiłków.

Jak będzie dalej? Czas pokaże. Akcja adaptacja zakończona sukcesem.

Jak u Was? Żłobkowy koszmarek czy chwila na złapanie oddechu?


  • Jeżeli spodobał Ci się ten artykuł – udostępnij go dalej!
  • Na fan page’u na facebooku dzieje się dużo więcej i z dużą dawką humoru. Wpadnij do nas!
  • Chcesz porozmawiać z innymi rodzicami? Zapraszamy do zamkniętej grupy na facebooku!
  • Jeśli chcesz podzielić się swoją historią, opinią, doświadczeniem na łamach portalu, napisz do nas: kontakt@multirodzice.pl
  • Będzie nam miło, jeśli dasz znać znajomym o multiRodzicach. Sharing is caring!

Z zamiłowania dziennikarka, z powołania nauczycielka języka polskiego. Autorka powieści młodzieżowej: „Księżyc nad Świtezią”. Prywatnie: wielbicielka kuchni tajskiej, dalekich podróży i Denzela Washingtona. Od niedawna, niezbyt rozgarnięta, mama bliźniaczek i - co tu dużo mówić - szczęściara. Bezkompromisowa i szczera do bólu. W życiu kieruje się zasadą: co Cię nie zabije, to Cię wzmocni (co przy posiadaniu bliźniąt wydaje się być wyjątkowo trafne).

Skomentuj

Ładowanie