Niejadek? Nie, dziękuję! – czyli jak sobie radzić z niejadkiem w domu

Chyba każdy rodzic niemowlęcia niecierpliwie odlicza czas do magicznego szóstego miesiąca, w którym wg wytycznych WHO należy rozpocząć rozszerzanie diety dziecka. Oczyma wyobraźni widzi te sterty pustych słoiczków po marchewce czy dyni, później opróżnione kubki po kaszce, pociechę wpatrującą się w nasz talerz i wyciągającą rączki, by skraść choć kęs z obiadu rodzica. I tu zaczynają się u niektórych schody.

Część maluchów chętnie będzie próbowała nowych smaków i poznawała różne konsystencje, a pozostali nie wykażą zainteresowania niczym innym niż mleko. Rolą rodzica jest wziąć SPORO głębokich oddechów i… nie poddawać się, lecz codziennie dawać do skosztowania czegoś nowego (oczywiście odpowiedniego dla niemowląt :-)). Badania wykazują, że dzieci muszą spróbować nowego smaku kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt razy, żeby ocenić, czy im on odpowiada. W dodatku owo próbowanie musi odbyć się w krótkim odstępie czasu, czyli podawanie brokułu raz w miesiącu odpada.

Owszem, znam rodziców wychwalających swoje jedzące wszystko pociechy. Znam też takich, którym ręce opadają po przygotowaniu kolejnego wyplutego przez dziecko obiadku. Starsze z moich dzieci bezapelacyjnie należy do drugiej grupy, młodsze plasuje się, na szczęście, gdzieś pomiędzy.

Z moją trzylatką schody zaczęły się na samym początku rozszerzania diety. Trochę w tym winy lekarzy, którzy prowadzili córkę. Kto o zdrowym umyśle każe rozszerzać dietę wcześniakowi urodzonemu dwa miesiące przed czasem w piątym miesiącu jego życia (skorygowanym trzecim!)?? Dziś już wiem, że to był błąd. Jestem starsza, mądrzejsza, bardziej doświadczona i „dokształcona” w dziedzinie szeroko pojętej diety małego dziecka.

A wracając do meritum: córeczka od początku nie była zainteresowana jedzeniem.

Zaczęłam klasycznie od przecieru z marchewki. Pierwsze dni nie wskazywały, że niedługo znajdziemy się w błędnym kole niejedzenia. Kolejne słoiczki były opróżniane, a kaszki cieszyły się chyba największym zainteresowaniem naszego bobasa. Jednak nagle coś się zmieniło, a mama zaczęła prawie dosłownie stawać na głowie, żeby cokolwiek ze stałych pokarmów trafiło do małego brzuszka. Kolejne kontrolne wizyty u pediatry napawały mnie lękiem już tydzień wcześniej, bo przecież córka nie je stałych pokarmów, zamiast nich ciągle ssie pierś, a na wadze nie przybiera lub robi to minimalnie. Lekarka nie pomagała, wyliczając mi, ile i co powinno spożywać dziecko w tym okresie. Ba, zarzuciła mi nawet zaniedbywanie dziecka!

Płakałyśmy obie.

Ja, że nic z tego, co ugotuję, nie chce zostać wpuszczone do ust. Córeczka, że mama za wszelką cenę chce umieścić coś przedziwnego w jej buzi. Były zabawy przy jedzeniu, książeczki, wygłupy, aż w końcu nawet piosenki na YT. Niewiele to dawało. Córka jeść nie chciała, waga nie drgała, mama pogrążała się w rozpaczy. Ostatecznie mała wybrała jedyny akceptowalny pokarm – kaszki ryżowe. Nie byłam zachwycona, ale uznałam, że lepsze to niż nic. Ku oburzeniu dietetyków: śniadanie, obiad, kolacja – kaszka! Ale i ten okres miał w końcu minąć. Pewnego dnia córka nie chciała już nic poza piersią, a ja w desperacji postanowiłam już więcej jej piersią nie karmić. Miała wtedy 1,5 roku. Długo, powiecie. Dla mnie nie, ale wtedy nie widziałam innego wyjścia.

Po odstawieniu od piersi córka zaczęła chcieć próbować nowych pokarmów, a w moim sercu tliła się iskra nadziei, że zostanie „jadkiem”. I co? I nic! Dziś jest bardzo żywą trzylatką, która w końcu figuruje w siatce centylowej (na dolnej granicy normy). Je tylko wybrane produkty. Nie ma mowy o rodzinnym, wyszukanym obiedzie. Gotuję cztery akceptowalne rodzaje zup, o drugich daniach mogę zapomnieć. Na owoce, poza jabłkami i bananami, patrzy wilkiem, o warzywach nawet nie wspominając. Nie tknie żadnej mazi, musu, sałatki, nie daj Boże, dżemu czy keczupu. Niesmak budzi u niej nawet dotykanie jedzenia rękoma! Wszelkie wyjazdy powodują, że nie chce jeść nic. Powiecie, dziecko się nie zagłodzi, jak zgłodnieje, to się upomni. Nic bardziej mylnego! Dobrzy Doradcy, schowajcie sobie Wasze rady głęboko w kieszeni. Rodzicom niejadków w ten sposób nie pomożecie.

Kim jest niejadek i skąd się bierze, zapytacie.

Otóż, niejadek to dziecko, które je tylko określone produkty i potrawy, jest bardzo wybredne, opornie przyjmuje nowości kulinarne. Dziecko może odrzucać określane pokarmy ze względu na ich konsystencję, strukturę, zapach, a nawet widok. Dodatkowo, niejadek o jedzenie się nie upomni.

Jak sobie radzić z niejadkiem w domu?

Ja stosuję kilka żelaznych zasad, które pomagają mi nie osiwieć:

  1. Pilnuj stałych pór posiłków i nie pozwalaj na podjadanie między nimi. Pamiętaj, sok to też forma przekąski, dlatego nie podawaj ich do posiłków. Ba, ja chowam nawet z zasięgu wzroku wszelkie napoje poza wodą. Wypity sok = niezjedzony obiad.

  2. Staraj się uatrakcyjnić wygląd posiłku. Kanapka w zabawnej formie, jajko sadzone w kształcie motyla. To działa!

  3. Mów o posiłku, twórz zabawne historyjki, nawiązuj do ulubionych bohaterów z bajek.

  4. Nie wprowadzaj napiętej atmosfery. Jeśli dziecko nie zje, odpuść.

  5. Nie zmuszaj do jedzenia, nie obiecuj nagród, nie wprowadzaj kar.

  6. Zapisz pociechę do żłobka/ przedszkola. Grupa rówieśnicza potrafi zdziałać cuda. Nasza córeczka podobno je nawet krem z dyni, na który w domu nie chce zerknąć.

Rodzice niejadków, jestem myślami z Wami! Nie osiwiejcie!

Rodzice „jadków”, Babcie, Dziadkowie, Ciocie, Wujkowie, Sąsiadki, nie stresujcie dodatkowo wyżej wymienionych, udzielając złotych rad. Wy w ogóle nie znacie tematu!


  • Jeżeli spodobał Ci się ten artykuł – udostępnij go dalej!
  • Na fan page’u na facebooku dzieje się dużo więcej i z dużą dawką humoru. Wpadnij do nas!
  • Chcesz porozmawiać z innymi rodzicami? Zapraszamy do zamkniętej grupy na facebooku!
  • Jeśli chcesz podzielić się swoją historią, opinią, doświadczeniem na łamach portalu, napisz do nas: kontakt@multirodzice.pl
  • Będzie nam miło, jeśli dasz znać znajomym o multiRodzicach. Sharing is caring!

Nauczycielka języka polskiego w jednej z krakowskich szkół podstawowych. Szczęśliwa żona i mama trzyletniej Anieli oraz rocznego Kajetana. Pasjonatka aranżacji wnętrz w stylu skandynawskim stale zmieniająca wystrój swego domu. Wielbicielka podróży, literatury, filmu oraz szybkich samochodów. Kocia mama wrażliwa na los bezdomnych zwierząt. A także miłośniczka zdrowego jedzenia stale ukrywająca się przed dziećmi z kostką czekolady w ustach.

Dyskusja2 komentarze

  1. Wstręt do jedzenia i objawy tutaj opisane mogą mieć czasem podłoże zaburzeń sensorycznch. Często kiedy dziecko drażni zapach, smak, konsystencja i przeważa wybiorczość pokarmowa można pokusić się o diagnoze u terapeuty SI. Oczywiście nie zawsze jest tak w 100% przypadków. Pozdrawiam mamę Niejadka 🙂

    • Słyszałam o tym typie zaburzeń. Córka była/jest pod opieką neurologa, psychologa, neurologopedy oraz logopedy, więc, mam nadzieję, że ktoś zauważyłby problem. U nas to chyba niejadkowość dziedziczna. Córcia ma swoje ulubione potrawy, potrafi zjeść ich naprawdę sporo. Największą zagadką jest dla mnie kwestia musów. Zrobiony w domu odpada, ze słoiczka także, ale z tubki jest zjadany codziennie.

Skomentuj

Ładowanie