Publikowanie zdjęć dzieci w internecie – po co to wszystko?

Spacerując z moimi dziećmi w jeden z letnich dni, z naprzeciwka spostrzegłam podwójny wózek wraz z kierowcą, a właściwie kierowczynią. Nie jestem otwarta na nowe znajomości ani przypadkowe pogawędki (przepraszam, ale tak już mam). Nie lubię świergolić nad moimi ani niczyimi dziećmi. Niestety, prowadząca pojazd zagaiła rozmowę. Od słowa do słowa podzieliła się ze mną swoją bardzo długą historią i zaprosiła do zajrzenia na jej profil fejsbukowy oraz do kontaktu – gdybym miała ochotę, pytania etc.

Brakuje tylko pinu do karty płatniczej…

Ochoty nie miałam, ale oczywiście zawładnęła mną ludzka ciekawość. Zastanawiałam się, co też na tym profilu mogę znaleźć. Na moim jest tego niewiele. Dowiedziałam się w jednej chwili, jakie owa pani ma wykształcenie, z zamieszczonych postów wynikało także, że kończy budowę domu, że właśnie wróciła z wakacji nad morzem, że jej mąż pracuje w systemie zmianowym. O mamo! – pomyślałam. Brakuje tylko pinu do karty płatniczej. Następnie otworzyłam folder: zdjęcia i tutaj dopiero się zaczęło.

Sięgnęłam do tych sprzed kilku miesięcy. Pierwsze zdjęcie: usg z dwoma kropeczkami i kolejno: następne usg i następne, zdjęcie wyjmowanego z brzucha dziecka numer 1, dziecka numer 2, bliźnięta obsmarowane mazią płodową, zdjęcia dzieci na wadze, potem w wózku szpitalnym i jakieś kilkadziesiąt zdjęć z okresu wczesnonoworodkowego. Następny album to: wnętrza nowego domu i znowu – o zgrozo – zdjęcia nagusieńkich maluchów w kąpieli, saute w łóżeczkach oraz ubranych – w rozmaitych sytuacjach domowych. Spuściłam wzrok, pokręciłam karcąco głową i westchnęłam: O tempora, o mores! Wszystko dostępne dla każdego przypadkowego widza, który nawet nie jest znajomym tej pani. Malutkie istotki podane na tacy każdemu psycholowi i zboczurowi wszelkiego rodzaju. Jeśli będą miały szczęście – ich ptaszka i sikulinę obejrzy pewnie cała dzielnica, w której będą wychowywane. A wydawałoby się, że uczelnia, którą skończyła ich mama, wysyła w świat ludzi światłych i rozsądnych.

Bo w takich czasach żyjemy, bo przecież inni tak robią

Historia tej pani nie jest niestety jedyną. Na mojej fejsbukowej tablicy co dzień pojawiają się nowe zdjęcia dzieci znajomych. Już niekoniecznie tego typu, nie tak intymne. Często jednak w zawrotnej ilości. Niczym klatka po klatce oglądam film zatytułowany „Tosia”, „Lilka” czy „Adaś”. Wiem, kiedy każdy z maluchów postawił pierwszy krok, wiem, kiedy chorował, a kiedy w przedszkolu bawił się na balu karnawałowym. Wiem ja i wie kilkuset przypadkowych ludzi. Mogę pozostać odosobniona w tej opinii i zdaję sobie sprawę, że spotkam się z falą oburzenia, krytyki, pukania w głowę i hejtu. Bo w takich czasach żyjemy, bo przecież inni tak robią, bo chcemy pokazać znajomym, jak zmienia się nasze dziecko. Wszystkie te argumenty przemawiają do mnie tylko w części.

Zdjęcia dzieci na fejsbuku – po co to wszystko?

Ilu prawdziwych znajomych macie na swoim fejsbukowym profilu? Ilu jest tam ludzi poznanych na weselu, sąsiadów wymieniających z Wami jedynie krótkie: „dzień dobry”, kolegów, z którymi nie rozmawialiście od podstawówki? Co tak naprawdę o nich wiecie i czy na pewno znacie ich intencje? A przecież tak łatwo zrobić print screen albo zwyczajnie zapisać zdjęcie na komputerze i posłać w świat. Zdjęcie Waszego dziecka. Powiecie – sieje panikę, dramatyzuje, snuje katastroficzne wizje. Może. Ale odpowiedzcie mi na jedno pytanie: po co to wszystko?

Dowartościowanie samych siebie – bo przecież nie dzieci

Zdaję sobie sprawę, że chęć podzielenia się ze światem radością płynącą z narodzenia dziecka, a następnie ukazania jego słodkiego oblicza jest ogromna. Myślicie, że sama jej nie odczuwam? Oczywiście, że tak. Kiedy tylko zrobię fajne zdjęcie, którejś z moich córek – albo obu jednocześnie – najchętniej od razu podzieliłabym się nim ze światem. Są przecież piękne, urocze i do schrupania, a ja jestem tą, która z dumą powołała je do życia. Zadaję sobie jednak od razu pytanie: po co mi to? Po to, by otrzymać pod zdjęciem dwieście lajków i pięćdziesiąt komentarzy pełnych zachwytu, ochów i achów? Czy rzeczywiście potrzebuję aż tak bardzo dowartościowania i połechtania mojej (bo przecież nie dziewczynek) próżności? Jaka korzyść płynie z tego dla nich? Niestety, w zestawieniu plusów i minusów udostępnienia wizerunku moich dzieci w jakiejkolwiek formie liczba tych drugich jest zdecydowanie większa. Nie robię więc tego. No, prawie w ogóle tego nie robię.

Niech zobaczą, cholera, jaką szczęśliwą jesteśmy rodzinką!

Ja też dałam się ponieść. Taki jeden mały spontan. Ten jeden jedyny raz. Szły święta. Od zawsze marzyłam, żeby wysłać do znajomych kartkę z stylu: mama, tata, dzieci, choinka i renifer. Zrobiłam to za pośrednictwem fejsa. Tylko dla siebie. Właśnie dla tych zachwytów. Niech, cholera, zobaczą, jaką awesome jesteśmy rodzinką. Jacy jesteśmy piękni, szczęśliwi i zaje***ci. Usunęłam. Bo wszystkie te zdjęcia na kilometr śmierdzą obłudą i fałszem. Czemu nigdy nie zamieszczamy zdjęć przedstawiających nasz normalny dzień? Zdjęć, na których nasze dzieci są upaplane kaszą i noszą dresik z lidla z wytartymi już od czworakowania kolanami, a nie tunikę i rurki z Zara baby? (No dobra, niektórzy jadą po bandzie i dokumentują każdy dzień, nawet ten gorszy).

Ile szkody uczyniłam tym jednym zdjęciem – nie wiem. Wiem, że nie powtórzę już tego zrywu, a moje dzieci widoczne będą co najwyżej bokiem, tyłem lub z lotu ptaka – dla zaznaczenia, że je nadal posiadam i że nie zatrzymały się na etapie niemowlęcym. Moi prawdziwi przyjaciele odwiedzają nas co jakiś czas, znajomych spotykamy, spacerując, w sklepie czy autobusie. Mają wtedy najlepszą szansę, by zobaczyć, jak moje pociechy rosną, jak się zmieniają, do kogo stają się podobne. I to mi wystarcza w zupełności.

Pomyśl, zanim wrzucisz

I jeszcze jedno. Jestem od dawna ogromną fanką Fundacji Dzieci Niczyje. Kampania „Pomyśl, zanim wrzucisz” pojawiła się u nich już jakiś czas temu, ale jest ona najlepszym odzwierciedleniem moich poglądów. Pozwolę sobie wrzucić info z oficjalnej strony. Zachęcam do przemyślenia tematu. Może choć jedno z Was przez chwilę zastanowi się, zanim doda kolejną niewinną fotkę…

Publikujesz zdjęcia swoich dzieci w internecie?

Coraz częściej zdarza się, że rodzice umieszczają w sieci zdjęcie lub film jeszcze przed narodzinami dziecka, w postaci zapisu badań USG, a potem konsekwentnie prezentują, jak rośnie ich pociecha. Chęć dzielenia się własną radością jest naturalna, więc wykorzystujemy możliwości, jakie daje internet, by pokazać światu nasze dzieci.

Nie zawsze jednak jest to bezpieczne.

Zdjęcie raz wrzucone do internetu zaczyna żyć własnym życiem. Każdy może je pobrać, opublikować w niekorzystnym kontekście, a nawet zmodyfikować i udostępnić ponownie. Nic w internecie nie ginie. Zanim opublikujesz zdjęcie, pomyśl czy nie zaszkodzi to Twojemu dziecku. Wyobraź sobie, jak się poczuje, kiedy za jakiś czas albo samo odnajdzie, albo ktoś w najmniej odpowiednim momencie podsunie mu znalezione w internecie niefortunne zdjęcie z głupią miną albo w jakiejś niezręcznej sytuacji. A może zobaczy własną twarz na jednym z internetowych memów? Zastanów się również, zanim wrzucisz do internetu zdjęcia swojego dziecka z plaży – w kostiumie kąpielowym lub bez. Dla ciebie to radosne wspomnienia, dla osób o skłonnościach pedofilskich pożywka dla chorej wyobraźni.

A przede wszystkim pomyśl czy za kilka lat dziecko nie będzie Ci miało za złe, że jego intymne zdjęcia trafiły do internetu.

/Fundacja Dzieci Niczyje/


  • Jeżeli spodobał Ci się ten artykuł – udostępnij go dalej.
  • Na fan page’u na facebooku dzieje się dużo więcej i z dużą dawką humoru. Wpadnij do nas!
  • Zapraszamy również do zapisania się na nasz newsletter.
  • Chcesz porozmawiać z innymi rodzicami bliźniaków, wieloraczków, dzieci „rok po roku”? Zapraszamy do zamkniętej grupy na facebooku!
  • Jeśli chcesz podzielić się swoją historią, opinią, doświadczeniem na łamach portalu, napisz do nas: kontakt@multirodzice.pl
  • Będzie nam miło, jeśli dasz znać znajomym o multiRodzicach. Sharing is caring! :-)

Z zamiłowania dziennikarka, z powołania nauczycielka języka polskiego. Autorka powieści młodzieżowej: „Księżyc nad Świtezią”. Prywatnie: wielbicielka kuchni tajskiej, dalekich podróży i Denzela Washingtona. Od niedawna, niezbyt rozgarnięta, mama bliźniaczek i - co tu dużo mówić - szczęściara. Bezkompromisowa i szczera do bólu. W życiu kieruje się zasadą: co Cię nie zabije, to Cię wzmocni (co przy posiadaniu bliźniąt wydaje się być wyjątkowo trafne).

Dyskusja13 komentarzy

  1. Aga lepiej bym tego nie ujęła! Zgadzam się z Tobą w stu procentach! Ponoć Fb ma prawa do naszych zdjęć (podobnie jak inne portale społecznościowe) i może np umieścić zdjęcie naszych dzieci w Stanach na bilbordach , bo to my korzystamy z jego portalu. Jednak znam rodziców, którzy pewnie z tego właśnie faktu byliby niezmiernie dumni, podobnie jak większość rodziców wysyłających swoje pociechy do programów typy MasterChef Junior, którzy w ten sposób zapewne chcą zaspokoić własne ambicje…

    • Magda, oczywiście, że fb ma prawo do naszych zdjęć – możesz znaleźć twarz Twojego dziecka jako element głupawego memu na przykład. Staram się, naprawdę, zrozumieć rodziców publikujących zdjęcia dzieci, jednak ciągle słabo mi to wychodzi…

  2. Niestety ludzie często wychodzą z założenia „moje dziecko, moja sprawa”. Nie zastanawiają się jednak jak za kilka lat to dziecko będzie reagować na fakt, że wszyscy znajomi wiedzą jakie choroby przechodził w dzieciństwie i widzieli jego pierwszą kupkę w nocniku. Dzieci nie potrafią wyrazić swojej opinii na temat zachowania prywatności. To rolą rodziców jest jej strzec. Strasznie mierzi mnie, gdy „znajomi” publikują codzienne fakty z życia swoich pociech. Rozumiem jedno, góra dwa zdjęcia od czasu do czasu, ale całe galerie i filmy to już spora przesada. Zwyczajnie blokuję wyświetlanie postów takich osób na mojej tablicy.

    • Ja nie nie blokuję postów, ale jednak kręcę głową z niezadowolenia. Niby ich sprawa, ale znowu powrócę do mojego kluczowego pytania: po co im to?

  3. Aga z chęcią poznam Twoją opinie na temat wrzucania zdjęć dzieci nie na fb ( bo to jest), a na blogi parentingowe? Gdzie jest lub i nie ma granicy? Widzisz różnice czy nie ma ona znaczenia gdzie publikowane są zdjęcia? A co jeśli ktoś tymi zdjęciami prosi o pomoc finansową dla tego właśnie dziecka, bo jest chore?

    • Kasiu – nie ma dla mnie różnicy. Sieć żyje swoim własnym życiem i nie mamy wpływu na to, co się z tymi zdjęciami stanie. Czy to blog, czy fb. Odkąd planowałam dziecko, wczytywałam się w trzy blogi parentinogowe. Na żadnym nie były publikowane zdjęcia dzieci autorek. Każdy z nich był tak samo poczytny. Nie jest gwarancją sukcesu twarz Twojej pociechy, a jedynie myśli, które chcesz (za pomocą słów) przekazać innym. Kolejna kwestia – czy te wszystkie blogi parentingowe nie wprowadzają w kompleksy przeciętnej matki? Bo ona nie wygląda tak dobrze, bo nie upiekła i nie sfotografowała dietetycznej tarty dla swojego faceta, bo nie zdążyła dzisiaj zrobić make up’u? Po co te zdjęcia? By poczuć się lepszą od innych? Nie wiem… Jeśli zaś pytasz o dzieci chore – nie mnie oceniać. Znowu zacytuję moje motto życiowe W. Szymborskiej „Tyle siebie znamy, ile nas sprawdzono”. Nie wiem, co czuje zdesperowana matka pragnąca zdrowia dla swojego dziecka. Być może musi uciec się do takiego działania, być może tak pomoże swojemu dziecku. Jeśli niesie to wymierne korzyści – niech publikuje, niech robi wszystko, by pomóc.

  4. Ja publikuję czasem zdjęcia swojego dziecka na fb. Raczej nie samego, tylko w moim towarzystwie. Nie dokumentuję kupki, zupki czy pierwszego ząbka, ale zdarza mi się wrzucic po prostu zdjęcie z naszej codzienności/wakacji czy wizyty w muzeum. Nie mam zamiaru wpadać w paranoję ani w jedną, ani w drugą stronę. Profil mam zablokowany tylko dla znajomych, których zresztą starannie dobieram. Nie ma w nich kogoś, z kim kontaktu nie utrzymuję, bo i po co. Mam również koleżanki, które informują o wszystkim tysiąc razy dziennie. Blokuję wyświetlanie ich postów, bo (do jasnej Anielki!) Ile mozna?! Wszystko jest dla ludzi, ale błagam, z umiarem.

  5. Wszyscy wypowiadający się w tym temacie powytwarzają banalne „zdjęcie żyje swoim życiem”, każde takie zdjęcie, nawet przedstawiające nagość dziecka to tylko jedno z miliarda zdjęć… To zdanie ma uzasadnienie bardziej do tego co dorośli wstawią sami o sobie , bardziej można zaszkodzić sobie wstawiając zdjęcie z fakersem przy z „libacji”, bo jako pracodawca pierwsze co robię po rozmowie kwalifikacyjnej to zaglądam na fb, IG… Po to zostały stworzone te portale, żeby dzielić się z innymi tym co robisz w danej chwili.

    • Tekst, jak każdy mojego autorstwa, przedstawia moje prywatne poglądy. Nie musisz się ze mną zgadzać.
      Pozdrawiam.

  6. Z tymi zdjęciami to jest teraz plaga. Mieliśmy ogromne nieprzyjemności, kiedy nie chcieliśmy podpisać zgody na publikowanie zdjęć dziecka na stronie przedszkola. Jeszcze większe, kiedy grupa miała uczestniczyć w zajęciach w Domu Kultury. Nasz synek miał nie wziąć udziału w warsztatach. Jednak rozsądna prowadząca warsztaty wpuściła dziecko. Umówiliśmy się z fotografem, by naszemu maluchowi nie robił zdjęć. Przedszkolanka ogromnie obrażona, trwała w urazie miesiąc. Mało tego, ze wszystkich stron słyszałam…..jak pani sobie to wyobraża??

    • Jestem nauczycielką – ale nie będę bronić przedszkolanki, bo racji nie miała. Rodzic decyduję i guzik jej do tego.
      A dla ciebie szacun za postawienie się całemu światu.

Skomentuj

Ładowanie