Smoczek – dobry uspokajacz czy samo zło?

Jeszcze nie tak dawno temu, siedząc wygodnie w fotelu z ciążowym brzuszkiem, wiedziałam dokładnie, jakie zjawiska będę, a jakich nie będę tolerowała jako mama. Na liście, którą układałam w swojej głowie przed zaśnięciem w domu, a potem w szpitalu w oczekiwaniu na cc, znalazło się również hasło: smoczek. Byłam bezkompromisowa. Nigdy! Po moim trupie! Prędzej mi coś gdzieś wyrośnie niż go użyję. A jednak zakupiłam dwa, tak na wszelki wypadek. W końcu znajdowały się na liście rzeczy niezbędnych do zabrania z sobą do szpitala. Oddam w dobre ręce, myślałam.

Kolejne głupstwo w moim życiu. Wisława Szymborska, moja idolka, znowu miała rację, pisząc Tyle siebie znamy, ile nas sprawdzono.

Zanim jednak zacznę opowieść o dwóch księżniczkach i ich walce ze smokiem, nadmienić pragnę, jakie pobudki mną kierowały. Otóż, nie czytałam żadnych mądrych książek ani mniej mądrych forów internetowych. Uznałam, że spór o smoczek jest jak odwieczne pytania typu: masło czy margaryna? Jaja od kury czy z farmy ekologicznej? Albo co było pierwsze: jajo czy kura? Tylu przeciwników smoczka, co i jego zwolenników. Na nic zdały się opowieści mojej przyjaciółki Oli o tym, że w londyńskim przedszkolu wszystkie małe dzieci ciumkają smoczek, bo to działa na nie kojąco. Nie pomogły też historie ciotki Małgoni, przedszkolanki z dużym doświadczeniem, zapewniającej, że to uspokajacz, zabójca stresu. Nie i już! W naszym domu smoczka nie będzie, ponieważ nie widzę celowości jego użycia. Jest to element nadprogramowy, który służy jedynie sfrustrowanym rodzicom jako zatyczka do otworu, który wydaje niepożądane dźwięki.

Dziewczynkom, tuż po przywiezieniu do domu, zaczęły towarzyszyć kolki.

Nie jakieś tam półgodzinne ataki. Mówię o porządnej kolce z nieprzespanymi całkowicie nocami, z noszeniem na rękach, z wyginaniem się i prężeniem. O ile atak pojawiał się wieczorem, kiedy multiTata przejmował 50% obowiązków, sytuacja wydawała się mniej tragiczna. Kiedy jednak ten sam tata wychodził rano do pracy albo był nieobecny wieczorem – zaczynały się schody. Świdrujący dźwięk w mojej głowie, trwający nieprzerwanie kilka godzin, spowodował, że moje poglądy uległy szybkiej ewolucji. Nagle stałam się fanką smoczka uspokajającego. Jednak multiTata (ten sam, który najzwyczajniej w świecie nie brał udziału we wszystkich głośnych wieczorach) kategorycznie zabronił jego użycia. Jako, że szanujemy swoje poglądy i wspieramy się w decyzjach związanych z wychowaniem dzieci, zaakceptowałam (wstępnie) tę opinię.

Czas jednak mijał, multiTata wyjeżdżał w delegacje, a ja traciłam cierpliwość, stawałam się coraz bardziej nerwowa i coraz częściej mój wzrok utkwiony był w mały gumowy przedmiot. Wreszcie złamałam się i wsadziłam uspokajacz do buzi jednej i drugiej córce. Jakież było moje zdziwienie, gdy Zu wypluła nowe nieznane ustrojstwo i za nic w świecie nie chciała pozwolić mi wsadzić go z powrotem. Dżuls jednak zaprzyjaźniła się z mięciutkim i dopasowanym czasoumilaczem.

Minęły kolki. Zu nadal nie zaakceptowała smoczka. Dżuls nie umiała już bez niego zasnąć – ani w dzień, ani w nocy. Wypadał później, nie domagała się go podczas innych czynności, ale jednak był niezbędny, gdy odpływała w krainę Morfeusza.

Zaczęło się ząbkowanie.

O ile wcześniej byłam zachwycona i dumna z Zu, że nie sięga po to przebrzydłe akcesorium, o tyle teraz załamałam ręce. Zu zaczęła wpychać palce, a kiedy nauczyła się je rozdzielać, samego kciuka prosto do otworu gębowego. Robiła tak przez cały Boży dzień. Ileż zabiegów wymyślałam, by tylko wyeliminować obrzydliwy nawyk. Rączkę wkładałam jej do niedrapki – zdejmowała. Za każdym razem wyciągałam ją z jej buzi – pięciosekundowa satysfakcja. Zakupiłam gryzaki, gryzaki chłodzące, zabawki niosące ulgę, żel na dziąsła – byle tylko palec wrócił na swoje miejsce. Walka z wiatrakami. Zu spędzała dzień z kciukasem w gębie.

Jakież było moje poczucie klęski. Smoczek w tej chwili wydał mi się dużo mniejszym złem. Zwłaszcza, że wszystkie dzieci wokoło z zamiłowaniem mymlały swoich kolorowych przyjaciół. Żaden rodzic nie podzielał zatem moich poglądów. Och, ja głupia.

Nie minęły jednak trzy tygodnie, gdy pierwsze zęby wyszły i Zu przestała wpychać rączki do buzi. Nawyk zniknął bez śladu. I znowu zmieniłam front. Julka ze swoim usypiaczem kontra Zuzka bez – to zestawienie miało tylko jednego zwycięzcę.

Ostatecznie – dziewczyny mają ponad roczek. Zu nie używa smoczka, nie wkłada też paluszków do buzi, chociaż bolesna druga fala ząbkowania właśnie trwa. Znajduje ulgę w gryzieniu śrubek od wózka albo wpychaniu koszulki do buzi. Po chwili jednak wraca do zabawy. Jula nadal używa smoczka. Jednak coraz rzadziej. Staramy się, by tylko w ostateczności go dostawała. W ciągu dnia udaje się jej zdrzemnąć bez dodatkowego zasysania. Wieczorem często zasypia ze zmęczenia, zapominając o swoim towarzyszu. Jestem dobrej myśli. Sądzę, że za kilka tygodni w ogóle nie będzie jej już potrzebny.

Podsumowując – smoczek ma swoje wady i zalety. Moim zdaniem rozsądnie i z umiarem stosowany ( nie jako korek do butelki, z której coś się wylewa – w tym wypadku potok dźwięków) jest niezłym rozwiązaniem. Jeśli go zabraknie – duże prawdopodobieństwo, że dziecko zastąpi go kciukiem. Być może, tak, jak u nas, tylko na moment. A co jeśli jednak na dłużej? Wyobraźcie sobie dwa obrazki:

– mała dziewczynka/ chłopiec ze smoczkiem w buzi,

– mała dziewczynka/ chłopiec z palcem w buzi.

Sami wybierzcie ten, który powoduje mniejszy grymas na Waszej buzi. Powodzenia!


  • Jeżeli spodobał Ci się ten artykuł – udostępnij go dalej.
  • Na fan page’u na facebooku dzieje się dużo więcej i z dużą dawką humoru. Wpadnij do nas!
  • Zapraszamy również do zapisania się na nasz newsletter.
  • Chcesz porozmawiać z innymi rodzicami bliźniaków, wieloraczków, dzieci „rok po roku”? Zapraszamy dozamkniętej grupy na facebooku!
  • Jeśli chcesz podzielić się swoją historią, opinią, doświadczeniem na łamach portalu, napisz do nas:kontakt@multirodzice.pl
  • Będzie nam miło, jeśli dasz znać znajomym o multiRodzicach. Sharing is caring! :-)

Z zamiłowania dziennikarka, z powołania nauczycielka języka polskiego. Autorka powieści młodzieżowej: „Księżyc nad Świtezią”. Prywatnie: wielbicielka kuchni tajskiej, dalekich podróży i Denzela Washingtona. Od niedawna, niezbyt rozgarnięta, mama bliźniaczek i - co tu dużo mówić - szczęściara. Bezkompromisowa i szczera do bólu. W życiu kieruje się zasadą: co Cię nie zabije, to Cię wzmocni (co przy posiadaniu bliźniąt wydaje się być wyjątkowo trafne).

Dyskusja3 komentarze

  1. krótkie p.s. do powyższego tekstu:
    Zu nadal nie używa smoczka – nie wkłada też już paluszków do buzi – pełen sukces 🙂
    Dżuls używa smoczka sporadycznie: w momencie usypiania w ciągu dnia i wieczorem ( zmierzamy do eliminacji potwora) – dziewczyny mają rok i 14 dni.

    • Dziękujemy podwójnie. Trojaki to w ogóle jakieś takie grzeczne… matka chyba nie wie, że dzieci ma 😛

Skomentuj

Ładowanie