Strajk nauczycieli – jesteś za, przeciw, czy… nie masz zdania?

Pisząc ten tekst, zerkam ukradkiem na moją „tablicę chwały”. Co na niej wieszam? Zerknijcie sami, bo załączam Wam zdjęcie. To listy od uczniów, kartki z życzeniami, zdjęcia ofiarowywane przy rozstaniu. Wszystkie te drobne akty sympatii i przyjaźni, utwierdzają mnie w przekonaniu, że dobrze wybrałam swoją ścieżkę zawodową.

Po co Ci to?

To pytanie zadawali mi niemal wszyscy – może oprócz rodziców, którzy wiedzieli, że od 6 klasy podstawówki wiedziałam, że będę uczyła języka polskiego. Zadał mi je także mój pierwszy prawdziwy szef, do którego trafiłam po studiach, gdy nie było wakatu w szkołach. Powiedział mi: Tutaj masz dwa razy wyższą pensję, służbowy telefon, ciszę, spokój i własny pokój. Wracasz do domu o 15.00 i masz wolne. Podziękowałam mu i złożyłam wypowiedzenie, bo zwolniło się miejsce w pobliskim gimnazjum.

Powołanie

Nie wiem, jak czują się osoby powołane do życia konsekrowanego. Powiem wam, jak czuje się osoba powołana do bycia nauczycielem. W moim przypadku zaczęło się bardzo wcześnie. Wiedziałam, czego chcę i dążyłam do tego konsekwentnie. O ile inne zajęcia (dziennikarstwo, PR) dawały mi odrobinę przyjemności, to jednak ciągle czułam, że to nie moje miejsce, że powinnam być gdzieś indziej. To uczucie narastało i powodowało coraz większą frustrację. Minęło dopiero wówczas, gdy podpisałam umowę z moją pierwszą panią dyrektor. Co wtedy czułam? Ulgę, spokój i radość, że wreszcie będę mogła robić to, do czego jestem stworzona. Powiecie: zapał żółtodzioba. Otóż właśnie mija 10 rok mojej pracy w szkole i nadal czuję to samo.

Godziny pracy

Jak wygląda mój dzień? Na pewno inaczej niż pracownika urzędu czy prywatnej spółki. Choć też zaczynam go o poranku, a kończę późną, nocną porą. Jakim cudem? Przecież mam tylko 4 godziny lekcyjne każdego dnia? Może to „wina” mojego przedmiotu. Może za bardzo mi się chce. Bo przecież nie musiałabym czytać z uczniami większej ilości książek niż minimum, choć niektórzy naprawdę to lubią. Bo nie musiałabym rozwijać pasji do recytacji czy do pisania wierszy i przygotowywać pojedynczych uczniów po godzinach do tak wielu konkursów. Bo przecież wystarczyłoby jedno wypracowanie w semestrze – to nic, że kolejne pokolenie nie potrafiłoby napisać swojego CV. Bo może niepotrzebnie sprawdzam zeszyty, poprawiam błędy, przygotowuję karty pracy, prezentacje multimedialne czy lekcje z użyciem technologii informacyjno – komunikacyjnej, co by nie było nudno. Można inaczej, prościej, może rzeczywiście jakoś da się nic nie robić po 3 odbytych lekcjach. Chociaż nie znam żadnego nauczyciela, który tę umiejętność posiadł. Mnie się nie udaje.

Wychowawca klasy

Nie mówiąc już o etapach, kiedy jestem wychowawcą klasy i uzupełniam elektroniczny i papierowy dziennik, wpisuję usprawiedliwienia, odpisuję na wiadomości rodziców wysyłane o rozmaitych porach, myślę o wycieczkach, andrzejkach, mikołajkach, sytuacji domowej ucznia, o uwagach uczennicy. Naprawdę fajnie byłoby przyjść o 14.30 i po prostu się wyłączyć. Jednak nie da się, bo zawsze chodzi o dziecko, o jego dobro, o kontakt z rodzicem, czasem poradnią, policją, sądem. I, mimo iż nie jestem najstarsza, a raczej należę do młodych stażem nauczycieli – zawsze mam ze sobą żółte karteczki, żeby nic mi nie umknęło, żeby cała kilkunastopunktowa lista została odhaczona. Żeby o nikim nie zapomnieć, nikogo nie zaniedbać, nie skrzywdzić.

Zmiany i chaos

Przez okres tych 10 lat czułam względną stabilizację. Wiadomo, raz nieco więcej godzin, raz próba załatania etatu. Jednak to mi nie przeszkadzało. Problemy pojawiły się, gdy w życie weszła ostatnia reforma. Pojawiły się nie tylko u mnie. O ile mnie udało się spaść na cztery łapy, bo zostałam „jedynie” przeniesiona do innej placówki, o tyle moi przyjaciele i znajomi nie mieli aż tyle „szczęścia”. Zaczęły się u nich: ograniczenia etatu, łączenie godzin w trzech szkołach (co oznaczało pracę od 8.00 do 16.00 przy 18 godzinach lekcyjnych, bo okienka, bo przejazd do szkół), wreszcie utrata pracy. To nie ludzie 25-cio czy 30-letni, ale nauczyciele dyplomowani, z wieloletnim stażem pracy, którzy tak, jak ja – czują, że ich miejsce jest właśnie w szkole i naprawdę nie chcą zmieniać pracy na inną, która by ich unieszczęśliwiła.

Uczniowie

Zostawmy nauczycieli. Inną konsekwencją, z którą muszą uporać się wszyscy zainteresowani są przeładowane korytarze szkolne, zdublowane roczniki, mniej klas w szkołach średnich, konieczność wybierania liceów ogólnokształcących w innych miastach, a także zbyt obciążająca ilość godzin lekcyjnych w klasach siódmych i wyścig z czasem, by zrealizować wszystkie tematy. Nie są to żale, ale opis rzeczywistości. Ja mogę kończyć lekcje o godzinie 16.20, ale młodzież, która tego dnia pracowała intensywnie od samego rana nie jest już skupiona i z pewnością nie wyniesie z ostatniej lekcji nic prócz swojego plecaka i frustracji.

Płace

Może doleję oliwy do ognia, ale powiem tak: kiedy wychodziłam za mąż, wiedziałam, że mój wybranek będzie grywał w piłkę nożną. Kiedy wybierałam studia na specjalności nauczycielskiej, zdawałam sobie sprawę, że nie zarobię więcej od moich znajomych z innych kierunków. Trochę dziwi mnie zatem oburzenie i zdumienie tych, którzy widzą na pasku dwa tysiące złotych miesięcznie. To, ile zarabia się w danej korporacji wiedzą jedynie pracownicy i pracodawcy, to ile zarabia nauczyciel wiedzą wszyscy. Skąd więc zdumienie i nerwy, że tylko tyle? Absolutnie nie mówię, że kwota ta jest adekwatna do godzin i czasu pracy, ani że odzwierciedla zaangażowanie i oddanie uczniom. Twierdzę jedynie, że była i jest znana, zatem jeśli komuś marzą się wyższe kwoty, musi szukać zatrudnienia gdzie indziej. Póki mam męża, który nie jest nauczycielem, nie mam powodów do narzekań. Gdybym jednak miała nagle zostać samotną matką nauczycielką – zmieniłabym – wbrew przekonaniom i pasji, zawód, bo zdaję sobie sprawę, że nie miałabym szans nawet na opłacenie rachunków, nie mówiąc o przedszkolu czy podstawowych wydatkach na córki. Nasze zarobki są śmiesznie niskie. Jednak i to nie zniechęca nas – prawdziwych nauczycieli, by pochylać się nad każdym problemem dzieci, nad każdą klasówką czy zeszytem.

Opinia społeczna

O ile zarobki, trudne przypadki wychowawcze, niektóre reakcje rodziców nie potrafią mnie zdołować aż tak, o tyle zwyczajnie mi przykro, kiedy czytam i słucham (choć staram się już tego nie robić) opinii na temat nauczycieli. Wiadomo – jak wszędzie – są Ci, których wspomina się latami i Ci , których twarze chcemy wymazać zaraz po wyjściu ze szkoły. Ale czy jest jakaś inna grupa zawodowa, na którą wylewa się aż tyle szamba? Nic mi o tym nie wiadomo. Na szczęście to jakieś obce mi i nic nie znaczące głosy. Bo co innego, kiedy podejdzie do mnie mój uczeń i powie mi w twarz, że coś zrobiłam nie tak, a co innego, kiedy obrzuca mnie szyderstwami i obelgami anonim z sieci, który ma tak niską świadomość, że nadal uważa, iż pracuję tylko 3 albo 4 godziny dziennie. Liczą się dla mnie słowa inne i innych. Życzenia od moich absolwentów, którzy wyszli ze szkoły lata temu, ale pamiętają o każdych urodzinach, świętach, dniu nauczyciela. Rozmowy prowadzone często przy kawie, czasem przy komputerze z tymi, którzy zaufali mi już dawno i do dzisiaj – jako dorośli ludzie nadal przychodzą do mnie, gdy w ich życiu dzieje się coś ważnego. Przypadkowo słyszane w autobusie czy na ulicy słowa, że ta pani jest naprawdę w porządku. To daje mi wiarę w to, że mimo wszystko warto. I nie zamierzam niczego zmieniać, dopóki system nie wyautuje mnie na bok, bo braknie godzin.

Strajk nauczycieli

Czy wierzę w efekt strajku? Nie wierzę. Czy myślę, że kiedyś zarobię 5 tysięcy? Nie, nie sądzę. Czy uważam, że rząd przemyśli konsekwencje swoich decyzji? Co to, to nie. Czy mam nadzieję, że Pani minister będzie się mniej uśmiechała? Tak, mam nadzieję, że tak.

W referendum strajkowym napisałam: TAK dla strajku.

Bo to pierwszy strajk nas wszystkich: nauczycieli, oburzonych rodziców i zmęczonych uczniów, którzy nie umieją sobie poradzić w nowej szkolnej rzeczywistości. Chcę, aby było jasne, że reforma oświaty skrzywdziła wszystkich, że system edukacji jest do poprawy, że mamy dość wypełniania kolejnych papierów, zamiast poświęcania należytej uwagę sprawom dzieci, że chcemy móc pracować w jednej szkole, by poczuć przynależność, a nie biegać po mieście. Chcemy się dokształcać, starać bardziej, uczyć lepiej – ale potrzebujemy wsparcia i akceptacji, odbudowania naszego autorytetu. Inaczej nic się nie zmieni. A szkoda.

Jeśli macie dość zmian nauczycieli w klasie waszego dziecka co roku, macie dość nauki waszego dziecka po nocach, bo wraca tak późno ze szkoły, macie dość poszukiwania korepetytorów, bo w przeładowanych klasach nie ma czasu na indywidualne podejście do słabszego ucznia, macie dość zmian, które wyrządzają więcej szkody niż pożytku – stańcie murem za nauczycielami i poprzyjcie strajk. Wy też możecie walczyć o lepszą edukację dzieci – im głośniej, tym lepiej słychać.

______________________________________________________________________________

  • Jeżeli spodobał Ci się ten artykuł – udostępnij go dalej.
  • Na fan page’u na facebooku dzieje się dużo więcej i z dużą dawką humoru. Wpadnij do nas!
  • Chcesz porozmawiać z innymi rodzicami bliźniaków, wieloraczków, dzieci „rok po roku”? Zapraszamy do zamkniętej grupy na facebooku!
  • Jeśli chcesz podzielić się swoją historią, opinią, doświadczeniem na łamach portalu, napisz do nas: kontakt@multirodzice.pl
  • Będzie nam miło, jeśli dasz znać znajomym o multiRodzicach. Sharing is caring! 

Z zamiłowania dziennikarka, z powołania nauczycielka języka polskiego. Autorka powieści młodzieżowej: „Księżyc nad Świtezią”. Prywatnie: wielbicielka kuchni tajskiej, dalekich podróży i Denzela Washingtona. Od niedawna, niezbyt rozgarnięta, mama bliźniaczek i - co tu dużo mówić - szczęściara. Bezkompromisowa i szczera do bólu. W życiu kieruje się zasadą: co Cię nie zabije, to Cię wzmocni (co przy posiadaniu bliźniąt wydaje się być wyjątkowo trafne).

Dyskusja1 komentarz

  1. Szczerze, to nie mam zdania, według mnie bardzo pokrzywdzeni są nauczyciele z przedszkola. Piszesz ostatnia reforma. Masz na myśli przywrócenie 8 klas? To już Ci mogę napisać, ze to była bardzo dobra zmiana. Ja znam wielu nauczycieli, którzy jakoś nie potracili prac, zostali może przeniesieni, ale pracę mają. Poza tym gimnazjum… bardzo przepraszam, ale dla mnie był to najgorszy okres. Jestem z rocznika `88 . Gimnazjum to była mieszanina tego co dobre ale też wszystkiego co najgorsze z rożnych dzielnic. Dopiero ja poszedłem do liceum, był przynajmniej jakiś normalny poziom i kultura.

Skomentuj

Ładowanie