Tata, ojciec, dawca nasienia…?

Ostatnio obejrzałam, niezbyt ambitny, mało śmieszny, a jednak, na swój sposób, pouczający film, w którym ojciec i ojczym walczą o względy dzieci. Każdy z nich dysponuje arsenałem nieco innych cech. Jedne bardziej przypadają do gustu dzieciakom, drugie im samym. Jeden obowiązkowy, zawsze dostępny, zaangażowany, dojrzały, drugi – wyluzowany, pomysłowy, przebojowy, ale ciągle nieobecny. Który z nich to tata, a który ojciec? Kiedy mężczyzna staje się tatą, a kiedy pozostaje tyko „sprawcą” dzieła? Na moim prywatnym podwórku także cała gama tatusiów, począwszy od tego w moim własnym domu. Sytuacje można by mnożyć. Ciekawsze z nich przedstawiam poniżej:

I – Tati…

Spotkanie rodzinne, kilku świeżo upieczonych ojców oddaje się rozmowie. Każdy z dumą przypatruje się swojej pociesze, chętnie opowiada historie o wspólnej zabawie z małym/ -ą. Kiedy temat przechodzi na nocne pobudki ich dzieci, z niekwestionowaną dumą oznajmiają całemu towarzystwu, że – rzez jasna – nie wstają w nocy do swoich maluchów, bo przecież ciężko pracują następnego dnia, aby zapewnić swojej rodzinie odpowiedni status społeczny. Poza tym, od tego dziecko ma przecież matkę, która „sama wybrała” urlop macierzyński i „tylko to” ma teraz na swojej głowie. Tatusiowie nie wyobrażają sobie, że mieliby po nieprzespanej nocy przepracować osiem godzin w korpo. Jednak bez trudu widzą matkę swego dziecka po tej samej nieprzespanej nocy gotującą obiad, sprzątającą dom, piorącą ich białe koszule, a w wolnej chwili zajmującą się dzieckiem.

Obok nich siedzi jeszcze jeden, który nie zabiera głosu. Sączy kawę, dostarczając wyczerpanemu ciału dawki kofeiny niezbędnej do jako takiego funkcjonowania. Nie mówi nic, bo dzisiejszej nocy cztery razy wstawał do swojej córki, głaskał ją po włosach aż zasnęła, podał wodę do popicia, szukał smoczka, który utknął gdzieś pod łóżkiem. Ostatecznie o 4.20 jego córka stanęła przy szczebelkach łóżeczka, uśmiechnęła się i – cichutko – by sprawdzić, czy śpi szepnęła: „Tati…”

II – Nie ma „fun’u”…

Wizyta u lekarza okulisty. W poczekalni kilka małżeństw, kilku maluchów. Jedni: średni krajowa, inni total lans. Krótka wymiana zdań. Modny ojciec w markowej koszuli z błyszczącym zegarkiem i bijącym po oczach logo, stojący obok żony: modnej i nie mniej wylansowanej, a także ich tiulowego, falbaniastego dziecka jak z żurnala wypowiada się na temat kąpieli malucha. Oznajmia wszem i wobec, że: „Nie ma fun’u” z tej czynności i dlatego z niej zrezygnował. Po co się katować? Człowiek powinien robić w życiu to, co lubi. Nie ma sensu zmuszać się do rzeczy, które nie dają satysfakcji. Kąpielą zajmuje się matka, a głównie babcia, gdyż młodzi rodzice często spędzają wieczory we dwoje w modnych miejscach.

Jego interlokutor, całkiem przeciętny, ze zmęczonymi oczyma kiwa z umiarkowanym zrozumieniem głową, choć to on był pierwszym, który wykąpał swoje córki. Postanowił wtedy, że każdego wieczoru będzie to robił. Bo może nie ma z tego „fun’u”, ale czynność ta stała się ich wspólnym rytuałem, bo to czas tylko dla nich, bo przecież może odciążyć ich mamę i powygłupiać się ze swoimi pociechami, które to uwielbiają. Bo nawet jeśli nie ma siły i kąpiel nie daje mu życiowej satysfakcji, to uśmiech jego dzieci, głośny śmiech i wanienkowe ofiarowywane całusy raz z jednej, raz z drugiej strony – już tak.

III – Szambo, trauma, poważna sprawa…

Kawa, ciastko, wizyta przyjaciół. My z dwoma rocznymi córkami, oni z jednym dwuletnim synem. Rozmowa, szowinistyczne uwagi naszego gościa, samca alfa. W międzyczasie kupa małego. Gość zatyka nos i odsuwa się jak najdalej. Matka idzie z małym do toalety i zmienia pieluchę. Gość opowiada łzawą historię z dzieciństwa o szambie, traumie etc. I tłumaczy, że ze względu na dramatyczne wspomnienia nie może wykonywać, mimo szczerych chęci, tej czynności. Kiedy delikatnie się uśmiecham, staje się nerwowy i zniesmaczony. Bo to prawda, bo to poważna sprawa, bo to wpływa na rozwój człowieka i odbija się na całym jego dorosłym życiu.

Ojciec gospodarz przyjmuje do wiadomości wszystkie argumenty swojego kolegi i przypomina sobie czas infekcji wirusowej jego córek, worek , a w nim 18 śmierdzących pieluch zebranych z całego dnia, który wyrzucał do kontenera po tym, jak przewinął dziewięciokrotnie każde swoje dziecko. I mniej ekstremalny każdy zwykły dzień, a w szczególności weekend, kiedy to głównie on zajmuje się tym „gównianym procederem”. Bez traumy.

IV – Praca, pieniądze, korpo…

Rozmowa telefoniczna dwóch ojców. Dzwoniący opowiada znajomemu w poniedziałkowy ranek o tym, że właśnie zawiózł swojego syna do dziadków i odbierze go, jak każdego tygodnia, w piątkowe popołudnie. Bo praca, bo pieniądze, bo korpo, bo wymagania szefa, bo budowa domu. Podsumowując: czasu brak na przewożenie malucha każdego dnia rano – 30 km i odbierania wieczorem – następne 30 km. W międzyczasie opowieści o wydawaniu gotówki, zmianie pracy. W ramach anegdoty historia o tym, jak to syn coraz częściej mówi do niego: dziadku, a do swojej matki: babciu. I że przy kolejnym trzeba będzie jakoś „tę kwestię” rozwiązać, bo ostatecznie tak być przecież nie może…

Rozmówca znał prostsze sposoby na rozwiązanie „tej kwestii”, ale był tolerancyjny i wyrozumiały, nie lubił się wtrącać w nie swoje sprawy, nie rzucał ani oskarżeń, ani moralizatorskich wywodów. On sam wracał z pracy wcześniej niemal każdego dnia, by spędzić pół nocy na nadrabianiu zaległości. Wracał, bo trzeba było podjechać do specjalisty, bo chciał chwycić za rękę podczas pobierania krwi z główki, bo chciał usłyszeć, co o postępach powie rehabilitant, bo wreszcie stęsknił się za tymi dwoma paskudami.

Który z panów to tata, który ojciec, a który zasługuje jedynie na określenie „dawca spermy”? Nie mnie oceniać. Pozostawiam pod rozwagę Wam, drodzy multiRodzice.


  • Jeżeli spodobał Ci się ten artykuł – udostępnij go dalej!
  • Na fan page’u na facebooku dzieje się dużo więcej i z dużą dawką humoru. Wpadnij do nas!
  • Chcesz porozmawiać z innymi rodzicami? Zapraszamy do zamkniętej grupy na facebooku!
  • Jeśli chcesz podzielić się swoją historią, opinią, doświadczeniem na łamach portalu, napisz do nas: kontakt@multirodzice.pl
  • Będzie nam miło, jeśli dasz znać znajomym o multiRodzicach. Sharing is caring! :-)

Z zamiłowania dziennikarka, z powołania nauczycielka języka polskiego. Autorka powieści młodzieżowej: „Księżyc nad Świtezią”. Prywatnie: wielbicielka kuchni tajskiej, dalekich podróży i Denzela Washingtona. Od niedawna, niezbyt rozgarnięta, mama bliźniaczek i - co tu dużo mówić - szczęściara. Bezkompromisowa i szczera do bólu. W życiu kieruje się zasadą: co Cię nie zabije, to Cię wzmocni (co przy posiadaniu bliźniąt wydaje się być wyjątkowo trafne).

Skomentuj

Ładowanie