Tego nie daję zjeść moim dzieciom

Ostatnio przeczytałam pod jednym z moich tekstów, że moje postępowanie jest okrutne, bo nie daję dwuletniemu dziecku zjeść całego loda czy większej niż odrobinka porcji czekolady. Najpierw biłam się w pierś, myśląc, że może rzeczywiście coś ze mną nie tak – na szczęście stan ten nie trwał dłużej niż kilkadziesiąt sekund. Zaraz! Chwileczkę?! Okrutne jest zaoszczędzenie mojemu dziecku zgubnych konsekwencji zjadania niepotrzebnego im do niczego cukru? Czy też okrutna jest matka, która bez zastanowienia „ładuje” swojemu maluchowi przy byle okazji słodycze, lody i inne bogate w ten składnik przekąski? Która matka usłyszy dziękuję od swojego kilkunastolatka – ta, której dziecko będzie miało nadwagę i próchnicę czy ta, która zadbała o wartościową i zróżnicowaną dietę, co nieco z niej wykluczając?

Absolutnie nie porywam się na to, by moje przemyślenia niepoparte fachową radą miały komukolwiek służyć. Sporo czytam, zadaję tez wiele pytań przy okazji spotkań z ludźmi mądrzejszymi i bardziej wyedukowanymi ode mnie. Na podstawie zebranych informacji, staram się komponować posiłki moich dzieci. Mają już dwa lata – możecie powiedzieć. Powinny jeść już wszystko – dodacie. Zgadzam się. Są jednak wyjątki. I o nich tutaj przeczytacie.

Fachowym komentarzem opatrzyła dla Was, kochani czytelnicy, niniejszy tekst Magdalena Molas – dietetyk, absolwentka Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego.

  1. Cukier

Tak. Nadal unikamy cukru jak ognia. Oj, słyszałam już, że jestem nawiedzona, że odmawiam dzieciom przyjemności, że dawniej nikt się nie przejmował. Kiwam głową, robię swoje. Szkoda mi czasu na tłumaczenie po stokroć tego samego. Twoje dzieci – Twoja sprawa. Moje nie potrzebują cukru do szczęścia ( tu pozdrowienia dla mojej najlepszej przyjaciółki i współlokatorki Pauliny, która cukru do szczęścia potrzebowała 😛 ). Jeśli czegoś nie znasz, nie brakuje ci tego. Nieprawdaż? Cukru nie da się jednak uniknąć całkowicie (a może da, ale nie jest to moim celem). Jest w soku malinowym, którego minimalne ilości dodaje do wody. Jest w cieście upieczonym przez babcię, którego 2,3 łyżeczki trafiają do buzi dziewczynek co niedzielę. Znajduje się też w niektórych serkach homogenizowanych, jogurtach, choć ich skład jest całkiem przyzwoity. Organizmom moich dzieci jest więc on dobrze znany, lecz nie dosładzam im życia nadto, co konieczne.

Cóż mogę na to odpowiedzieć – im więcej tak świadomych swojej roli matek, tym lepiej. Z całego serca gratuluję takiej postawy. Nie sztuką jest jednak zabranianie spożywania cukru małym dzieciom, lecz dawanie im przykładu własną postawą. Jeśli my nie jemy słodkości, to i maluchy nie będą tego potrzebowały.

Negatywne skutki nadmiaru cukrów prostych w naszej diecie są już tak powszechnie znane i udokumentowane wieloma badaniami, że chyba nie muszę ich przytaczać. A ponieważ lepiej zapobiegać niż leczyć, zadbajmy o nasze skarby od ich najmłodszych lat. Tak, potrzebujemy energii i tak, potrzebujemy węglowodanów, ale sacharoza, a co gorsze wszelkie glukozowo-fruktozowe syropy nie są ich synonimem. Wszystkie produkty mączne, mleczne, kasze, ryż, makaron, warzywa, czy owoce to wszystko źródła węglowodanów w naszej diecie. Nie potrzebujemy cukru z cukiernicy, aby mieć siłę do działania.

Cukier NIE krzepi. Niestety ten slogan tkwi w podświadomości naszych rodziców i dziadków, którzy chcąc dawać dzieciom to, co według nich najlepsze i to, czego im brakowało w młodości, karmią czekoladkami dzieci pod nieobecność ich mam. To nie tylko zbrodnia przeciw stomatologom, którzy walczą później z próchnicą u najmłodszych, podważa to przede wszystkim autorytet rodziców nie tylko w kwestiach żywieniowych…

Pamiętajmy, że można wyczarować coś pysznego, słodkiego i zdrowego jednocześnie, dawać pociechom słodki podwieczorek co weekend, lub nawet częściej i zajadać się wraz z nimi bez wyrzutów sumienia.

  1. Sól

Zacznę od tego, że soli używam niewiele. Wolę zioła. W przygotowywanych przeze mnie posiłkach nie czuć słonego smaku. Moje dzieci jedzą razem z nami, zatem i one go nie znają. Jajecznica na szynce lub kiełbasie smakuje tak samo, a może i lepiej niż ta posolona. Mięso z tymiankiem, majerankiem i suszoną jarzynką też „daje radę”. Zupa – nie wiem, jak przygotowuje ją moja mama, wiem tylko, że soli też używa jak na lekarstwo, a smak zupy jest wyśmienity. Nie dosalam im kanapek z warzywami – wolę pokroić kiszonego przez moich rodziców ogórka z ich działki, za którym dziewczyny wprost przepadają. Do ziemniaków dodaję szczypiorek i odrobinę masła i już ich smak jest bardziej wyrazisty. Każdą potrawę można ulepszyć i zmodyfikować bez dodatku soli. Czyż nie?

Tak, to prawda. Zastanówmy się jednak, czy potrzebujemy całkowicie wykluczyć sól z naszej diety? Wydaje mi się, że tutaj poszłyśmy już nieco za daleko.

Sól w małych ilościach uwydatnia smak, natomiast w nadmiarze powoduje, że cała potrawa jest jedynie słona, nie czujemy wówczas smaku poszczególnych produktów. Niestety bardzo trudno jest określić tę ‘małą ilość’. Dla jednych łyżka soli dodana do gotujących się ziemniaków to za mało, dla innych już jej szczypta na kanapce z pomidorem psuje smak – osobiście należę do tych drugich.

Mówi się, że potrzeba około miesiąca, aby nasze przytłumione od soli kubki smakowe zaczęły znów odbierać pozostałe smaki. Zacznijmy małymi kroczkami, nie dosalajmy potraw na talerzu, posiłkujmy się ziołowymi podczas ich przygotowywania. Powoli poczujemy różnicę, za to mogę poręczyć. Natomiast jeśli myślimy o najmłodszych, bo przecież o nich dzisiaj rozmawiamy, unikajmy solenia potraw, ograniczając się do śladowych ilości. Nie odbierajmy naszym dzieciom możliwości poznawania różnorodnych smaków zastępując je wszystkie tylko jednym – słonym.

  1. Grzyby

Tutaj problem niemal znika. Tylko niektórzy z nas lubią, a jeszcze mniej liczni, przygotowują grzyby jako potrawę. Mój mąż, teść i tato uwielbiają grzyby. Smażone maślaki, jajecznica z kurkami, sos z prawdziwków- podawane były od zawsze. Od czasu mojej ciąży zniknęły z naszego stołu. Podczas wigilii uważałam, by dziewczynki nie sięgnęły po uszka z grzybami i żurek gotowany również na wywarze z grzybów. Nasza pani doktor powiedziała jasno, że grzybów dzieciom nie podajemy: bo ciężkostrawne, bo istnieje ryzyko zatrucia i wreszcie organizm maluszka nie strawi zawartej w nich chityny. Wiedzy zatem na ten temat nie zgłębiałam, a jedynie przyjęłam ten punkt widzenia do wiadomości. Sama pamiętam doskonale jeszcze z czasów szkolnych, że grzyby oprócz walorów smakowych ( i woni), nie dostarczają organizmowi żadnych substancji odżywczych, zatem nie widzę powodu, by podawać je mojemu potomstwu.

Zgodzę się z Tobą. Nie powinno się podawać grzybów dzieciom nawet do 10 roku życia, czyli do momentu pełnego rozwoju układu pokarmowego. Rozchodzi się tutaj głównie o chitynę, która pozostaje niestrawiona i długo zalega w żołądku. Jednak ważniejsza od ich ciężkostrawności jest możliwość zatrucia. Dziecięcy organizm z niską masą ciała ma jeszcze mniejsze szanse na przeżycie po zjedzeniu trującego grzyba, niż osoba dorosła.

Nie bałabym się grama pieczarki hodowlanej w świątecznym uszku, ale zalecałabym jednak ograniczenie spożywania grzybów do minimum.

  1. Potrawy ciężkostrawne i o kiepskim składzie

Wystarczy spojrzeć na hotelową jadalnię w porze obiadu. Jeśli znajdziecie tam kilka dzieciaków, mogę się śmiało założyć, że przynajmniej u kilku z nich na talerzu dostrzeżecie frytki. No cóż, dzieci tak mają – powiecie. Gdy wybierzecie się na kolację lub śniadanie, u tych samych dzieci na talerzu znajdziecie parówki. Dzieci uwielbiają przecież parówki. Dobrze. Na te ostatnie się zgodzę. Apeluję jednak o rozsądek. Na rynku dostępnych jest kilkadziesiąt, jeśli nie więcej, rodzajów parówek. Co najbardziej załamujące, te reklamowane jako przeznaczone dla najmłodszych, mają często fatalny skład. Azotany, azotyny, konserwanty, uzdatniacze etc. Są na szczęście parówki, które zawierają niemal samo mięso, więc i moje dzieci znajdują je na swoich talerzach. Podczas wyjazdów staram się jednak unikać tego typu potraw, bo nie widzę opakowania, z którego są wyjmowane. Wracając do frytek, jako przykładu potraw tłustych. Kiedy podczas ostatniej wizyty u teściów dziewczyny wyciągnęły paluszki po robioną przez ich babcię frytkę – jedną, drugą i trzecią – nie zrzędziłam. Gdyby jednak zaczęły się nimi objadać – pewnie interwencja by nastąpiła. Unikam potraw tłustych w ich menu. W końcu małe brzuszki jeszcze wciąż się kształtują, podobnie jak wątroba, zatem po co nadmiernie je obciążać, narażając się na nieprzespaną noc.

I ponownie masz rację. Osobiście preferuję przygotowywanie posiłków samodzielnie, ponieważ dzięki temu wiem, co dokładnie ląduje na moim talerzu. Zdarza się jednak, że konieczne jest spożycie obiadu poza domem. W restauracjach, czy innych jadłodajniach warto wybierać to, co wydaje nam się najlepsze z dostępnych alternatyw.

Ale skupmy się na postawionym pytaniu. Czy frytki i parówki to najlepszy wybór dla naszych dzieci? Niestety nie, choć reklamy telewizyjne i nierzadko inne mamy, mówią inaczej. Demonizowane ziemniaki, to w rzeczywistości zdrowy i polecany dodatek do obiadu, lecz nie w postaci ociekających tłuszczem, nie wiadomo jak długo niewymienianym, frytek. Biorąc z kolei pod lupę parówki, powinniśmy jednocześnie zwrócić uwagę na wędliny dostępne w sklepach. Kwestia składu i użytych podczas przygotowywania surowców jest tutaj kluczowa. Można znaleźć parówki z szynki, większość jednak powstaje z mięsa oddzielonego mechanicznie (MOM), w którym kawałków mięsnych nie znajdziemy nawet posiłkując się lupą. Z wędlin powinni zrezygnować nawet dorośli. Dostępne są oczywiście również takie, po które warto sięgnąć od czasu do czasu. Dobra wędlina będzie raczej szara, niż różowa i na pewno droższa. Każda, nawet jakościowo najlepsza, będzie jednak zawierała sól, której w diecie naszych pociech powinniśmy unikać. Tak więc niemowlakom nie dajemy wędlin w ogóle, a starszym dzieciom tylko te, których składu jesteśmy pewni.

Nawiązując jeszcze do ostatniej części dość złożonego pytania – tłuste potrawy. Pamiętajmy, że dzieci mają spore zapotrzebowanie na tłuszcze, które są niezbędne do rozwoju układu nerwowego oraz siatkówki oka. Nie zapominajmy więc o podawanych na zimno olejach roślinnych, awokado, a także… maśle.

  1. Nowalijki

Coś na czasie. Na każdym targu znajdziemy handlarzy nowalijkami, zapewniających nas o ich świeżości i superjakości. Są też te z supermarketach, które przecież przeszły testy jakości. Pamiętajmy jednak o tym, że normy, które spełniają produkty dla dorosłych są zupełnie inne niż te przypisane dzieciom. Inna będzie rzodkiewka wykorzystana w potrawie przyrządzonej przez firmę specjalizującą się w produkcji żywności dziecięcej od tej, którą znajdziemy na rynku lub w markecie. Dlaczego nie dać dziecku pysznych nowalijek? Odpowiedział mi kiedyś chemik pracujący w szkole i tego się trzymam. Otóż nowalijki są „przewożone” – dostają zbyt duże ilości nawozu, by prędko i pięknie wyrosnąć. Najwięcej znajdziemy w nich azotu, który jest przecież szkodliwy dla dorosłych, nie mówiąc już o dzieciach. A to tylko wierzchołek góry lodowej. Nowalijki wyglądają kusząco, ich smak pozostawia jednak wiele do życzenia. Sama, od dłuższego czasu, staram się unikać pierwszej sałaty, ogórka czy szczypiorku – chyba, że sama wyhoduje je w swoim ogródku. Podobnie jest z ogromnymi truskawkami. Ich nienaturalny rozmiar wywołuje moje podejrzenia i dezaprobatę. Sięgam chętniej po marokańskie maliny, ale także od przypadku do przypadku. Wolę poczekać i wybrać mniejsze zło.

W żywieniu dzieci istotna jest nie tylko prawidłowo zbilansowana dieta, ale przede wszystkim jakość żywności, z której przygotowywane są posiłki.

Na początku przygody z warzywami i owocami polecam sięgnąć po tzw. żywność specjalnego przeznaczenia żywieniowego, a więc przygotowaną specjalnie z myślą o najmłodszych. Pamiętajmy, że u niemowląt i małych dzieci mechanizmy chroniące przed toksynami nie są jeszcze w pełni wykształcone, dlatego też skład i jakość szerokiej gamy produktów dla dzieci do lat 3 podlega ścisłym kontrolom.

Uważa się, że najlepiej sięgać po warzywa i owoce sezonowo. Kwestia nowalijek to jednak rzecz sporna. Osobiście odczekałabym pewien czas od momentu pojawienia się pierwszych warzyw, do chwili podania ich dzieciom. Nie tylko ze względu na możliwość kumulacji zanieczyszczeń, te niestety mogą pojawiać się w warzywach nawet w szczycie sezonu, wszystko bowiem zależy od uczciwości producenta, jednak już sam smak i aromat nowalijek nie są zadowalające. Dzieci nie przepadają za warzywami, nie dawajmy im więc kolejnego powodu do ich odrzucenia.

Reasumując. Najważniejszą zasadą, która powinna nam przyświecać w każdej dziedzinie życia jest zdrowy umiar. I pamiętajmy, najgorszym podejściem będzie stworzenie otoczki ‘zakazanego owocu’ wokół wszystkiego, co niezdrowe, wówczas produkty te będą najbardziej kuszące.


  • Jeżeli spodobał Ci się ten artykuł – udostępnij go dalej!
  • Na fan page’u na facebooku dzieje się dużo więcej i z dużą dawką humoru. Wpadnij do nas!
  • Chcesz porozmawiać z innymi rodzicami? Zapraszamy do zamkniętej grupy na facebooku!
  • Jeśli chcesz podzielić się swoją historią, opinią, doświadczeniem na łamach portalu, napisz do nas: kontakt@multirodzice.pl
  • Będzie nam miło, jeśli dasz znać znajomym o multiRodzicach. Sharing is caring! :-)

Z zamiłowania dziennikarka, z powołania nauczycielka języka polskiego. Autorka powieści młodzieżowej: „Księżyc nad Świtezią”. Prywatnie: wielbicielka kuchni tajskiej, dalekich podróży i Denzela Washingtona. Od niedawna, niezbyt rozgarnięta, mama bliźniaczek i - co tu dużo mówić - szczęściara. Bezkompromisowa i szczera do bólu. W życiu kieruje się zasadą: co Cię nie zabije, to Cię wzmocni (co przy posiadaniu bliźniąt wydaje się być wyjątkowo trafne).

Dyskusja1 komentarz

Skomentuj

Ładowanie