Żłobek i przedszkole – tylko dla wybranych?

Nie bardzo interesowałam się kwestią żłobków i przedszkoli, póki sama matką nie zostałam. Ba, nawet wtedy nie stałam się bardziej zorientowana. Kwestia ta stała się mi bliską dopiero kilka miesięcy temu. I znowu, po raz kolejny w swoim życiu, zderzenie mojej dziecięcej naiwności i życiowego optymizmu z brutalną rzeczywistością dało mi po tyłku.

Szybko okazało się, ze w moim mieście – zamieszkiwanym przez niemal 100 tysięcy mieszkańców, nie ma ani jednego żłobka publicznego, a niepubliczne są tylko trzy. Kolejną nowością były tzw. kolejki. Do żadnej się nie zapisałam, a ponoć trzeba to robić jeszcze w ciąży. O mamo! Pomyślałam, że nie mamy szans.

Zaczęłam wtedy zgłębiać temat w grupach typu: „Mamy z…” Problem nie dotyczył tylko mnie, ale dziesiątek dziewczyn z naszego miasta. Jestem przekonana, że i poza nim jest obecny.

Zadzwoniłam do trzech niepublicznych żłobków. Okazało się, że mogę zostać wpisana na listę, a posiadanie dwojga dzieci jednocześnie, może działać na moją korzyść. A propos korzyści. Zmiażdżyły mnie kwoty, jakie podane zostały mi przez jeden żłobek. Moja wypłata nie wystarczyłaby na ich pokrycie. Na szczęście, właścicielka drugiego zapewniła mnie, że miejsca będą, a ceny – no cóż, były nieco niższe od proponowanych przez pozostałe placówki. Uspokoiłam się. Mamy miejsca.

Ale co z innymi? Pomyślałam o matkach, które chciałyby wrócić na rynek pracy, a niekoniecznie mogą sobie pozwolić albo zwyczajnie nie chcą zatrudniać niani. Te inne, z mojego miasta, są na szczęście przedsiębiorcze. Kilka dni temu przeczytałam, że stworzyły petycję do prezydenta miasta z prośbą o utworzenie publicznego żłobka. Brawo wy – pomyślałam. Ale… ileż jadu wylano na te biedne kobiety. Nie będę przytaczała tu cytatów, ale konkluzja była jedna: my, matki, chcemy zabierać innym pieniądze, które można przeznaczać na budowę dróg, ścieżek rowerowych oraz inne inwestycje. My matki powinnyśmy siedzieć w domu i wychowywać, a nie zajmować się petycjami. My, matki dostajemy przecież świadczenia od państwa, więc powinnyśmy cieszyć się i zatrudniać niańki. Jedna z kobiet przygotowujących petycję spytała pana Wieśka, komentatora – „Czy pana znaleziono w kapuście? Bo o tym świadczą pana poglądy”. Sprawa żłobka zakończyła się pomyślnie. Prezydent obiecał – minimum 30 miejsc w nowoutworzonym żłobku w 2018roku.

Idźmy dalej. Herbatka u znajomej. Kilka młodych mam. Rozmawiamy o przedszkolu. Ze stoickim spokojem oznajmiam, że za rok wyślę dziewczynki do publicznego w mojej dzielnicy. Wybuch śmiechu. Szeroko otwieram oczy i znowu zostaję uświadomiona. Otrzymam jedynie 36 punktów na 100 możliwych, gdyż oboje pracujemy. Nie mam szans, żeby dzieci zostały przyjęte do trzylatków, gdyż przedszkola są przepełnione, a maluchy przyjmowane jako ostatnie, o ile pozostały wolne miejsca.

Wykonuję kilka telefonów. Potwierdza się pesymistyczna wizja. Jedna z dyrektorek, znajoma znajomej mówi wprost: kombinuj dla dziecka zaświadczenie o niepełnosprawności. Najlepiej alergia, przejdzie i nie będzie śladu w papierach. Jestem zdumiona. Od matki – sąsiadki słyszę: możesz fikcyjnie rozstać się z mężem, zmienić adres zamieszkania i wtedy figurujesz jako samotna matka. Słucham i niedowierzam. Separacja, rozwód, wpis o niepełnosprawności? Tylko po to, żeby dziecko otrzymało dodatkowe punkty i szanse na przyjęcie do przedszkola? Im więcej rozmawiałam z innymi mamami, tym bardziej przerażały mnie metody, do których uciekają się, by zapewnić dziecku miejsce w wybranej placówce.

Może jestem inna (czytaj: głupia, naiwna, mało zaradna), ale nie będę naginała prawdy. Nie chcę krakać: o chorobie czy rozpadzie mojego związku. Poczekam, będę dzwoniła i na bieżąco dowiadywała się na temat wolnych miejsc. Może się uda. Jeśli nie, zostają przedszkola niepubliczne, których jest całkiem sporo, tyle że wydatek kilkakrotnie większy.

Czy historie, które usłyszałam są mocno naciągane? Czy i u Was problemem jest otrzymanie miejsca dla dziecka w żłobku czy przedszkolu? Piszcie, liczę na powiew optymizmu…


  • Jeżeli spodobał Ci się ten artykuł – udostępnij go dalej!
  • Na fan page’u na facebooku dzieje się dużo więcej i z dużą dawką humoru. Wpadnij do nas!
  • Chcesz porozmawiać z innymi rodzicami? Zapraszamy do zamkniętej grupy na facebooku!
  • Jeśli chcesz podzielić się swoją historią, opinią, doświadczeniem na łamach portalu, napisz do nas: kontakt@multirodzice.pl
  • Będzie nam miło, jeśli dasz znać znajomym o multiRodzicach. Sharing is caring!

Z zamiłowania dziennikarka, z powołania nauczycielka języka polskiego. Autorka powieści młodzieżowej: „Księżyc nad Świtezią”. Prywatnie: wielbicielka kuchni tajskiej, dalekich podróży i Denzela Washingtona. Od niedawna, niezbyt rozgarnięta, mama bliźniaczek i - co tu dużo mówić - szczęściara. Bezkompromisowa i szczera do bólu. W życiu kieruje się zasadą: co Cię nie zabije, to Cię wzmocni (co przy posiadaniu bliźniąt wydaje się być wyjątkowo trafne).

Dyskusja2 komentarze

  1. Gdy na wiosnę zaczęłam wspominać wśród znajomych, że chce posłać moich dwu i pół latków do publicznego przedszkola od września, większość straszyło, że na pewno się nie dostaną, bo przedszkola przepełnione, trzeba się dwa lata wcześniej zapisywać, albo być samotną matką, lub mieć dziecko niepełnosprawne. Nie przejmowałam się tym, stwierdziłam, że jak nie teraz to za rok. Dokumenty złożyłam do 3 znajdujących się nieopodal naszego miejsca zamieszkania i do jednego z nich chłopcy dostali się bez problemu więc w piątek zaczynamy przygodę z przedszkolem :). Jednak w tym roku w rekrutacji w moim mieście dodawano punkty rodzeństwom i dzięki temu chłopcy zyskali dodatkowe punkty. Także myślę, że najlepiej podchodzić do tematu ze spokojem, pilnować terminów, złożyć odpowiednie dokumenty i czekać na wyniki. Powodzenia:-)

Skomentuj

Ładowanie