Oj, wy nieświadomi…

Zanim stajemy się rodzicami, często wypowiadamy zdania, których znaczenie zrozumiemy dopiero później – kiedy dzieci pojawią się na naszym świecie. Często spotykając znajomych, którzy potomstwa nie posiadają, słucham owych zdań, lekko się uśmiechając i myśląc: oj, wy nieświadomi…

  1. Jestem zmęczony/-a

Osoba nieposiadająca dzieci, rzecz jasna, może odczuwać zmęczenie. Powiedzmy sobie jednak szczerze – nic to wobec zmęczonej matki czy ojca. Porównując: osoba bezdzietna pokonuje w ciągu dnia dystans 400m, kiedy rodzic przebiega maraton. Mimo najbardziej stresującej i czasochłonnej pracy, mimo pasji czy hobby angażującego nasz umysł i ciało – o prawdziwym zmęczeniu mówić będziemy dopiero po kolejnym wyrzynającym się zębie, kolejnej przebytej chorobie czy ataku histerii urządzonym na środku hipermarketu. Rodzic bywa zmęczony, częściej jest wyczerpany. Można by rzec, że rodzic pracuje jak króliczek Duracell – bez przerwy, w ciągłym skupieniu, pełnej koncentracji. Zdaje sobie bowiem sprawę, że wszystko, co mówi czy robi jest bacznie obserwowane i naśladowane przez jego latorośl. Kiedy kończy się dzień, rodzic wciska przycisk off i odpływa. Do chwili, kiedy usłyszy pierwsze: łeeee lub ma-ma dobiegające z pokoju obok.

  1. Nie wysypiam się

Pomijam moich młodych znajomych i członków rodziny (tak, mam na myśli Ciebie Kuba), którzy wstają podczas urlopu, dni wolnych w godzinach południowych. Mam na myśli tych, którzy posiadają przywilej przesypiania ciągiem 6,7 godzin w tygodniu. Jest to dla większości młodych rodziców luksus, na który nie stać ich przez pierwsze miesiące, a czasem nawet lata życia ich pociechy. Ile bym dała, aby położyć się o 22.00 i przespać bez pobudki choćby do 4,5 nad ranem. Kiedy bezdzietni znajomi pytają mnie, jak człowiek czuje się po nieprzespanych 15 miesiącach – odpowiadam – to tak, jakbyś codziennie przeżywał Nowy Rok po wyczerpującym Sylwestrze albo imprezował non stop przez kolejne tygodnie z rzędu. Jedyna różnica polega na tym, że rodzic zasypia bez nadziei na to, że odeśpi kolejnego dnia. Rodzic zasypia z nadzieją, że odeśpi za… kilka lat.

  1. Mam nadmiar obowiązków

To zdanie śmieszy mnie najbardziej. Co prawda ja, z perspektywy matki urlopującej się (ech, po raz kolejny – co za nazwa), nie mogę narzekać, ale matki małych dzieci, które wróciły do pracy i ich ojcowie, którzy pracują nieprzerwanie od dnia narodzin dziecka – mogą jedynie przewrócić oczami na dźwięk owej frazy. O ile bezdzietna para wybiera się rano do pracy, może, ale nie musi zjeść obiad (oczywiście na ogół jednodaniowy), z grubsza „ogarnia” dom i robi pranie – o tyle rodzic wykonuje wszystkie te czynności + liczyć się musi z dodatkowymi planowymi i tymi nieoczekiwanymi. Bo przecież trzeba ugotować pożywną zupę dla malucha, na dywanie nie powinno być śmieci, które może wsadzić do buzi, trzeba by pozbierać zabawki i klocki, aby nie doprowadzić do tragedii, zapewne czeka na nas jakaś wizyta kontrolna u lekarza, szczepionka, bilans. Nie mówiąc o tym, że starsze rodzeństwo przypomniało sobie, że na jutro należy przynieść do szkoły dary jesieni, makietę boiska, piżamę na klasowe party tudzież wykonać kolaż na temat biblijny. Oj, tak – cechą każdego rodzica jest wielozadaniowość i niewyczerpane pokłady energii. Rzadko kiedy usłyszycie od niego, że ma nadmiar obowiązków – jest to dla niego chleb powszedni i czuje się dziwnie, kiedy może wypić ciepłą kawę.

  1. Jest teraz kilka problemów w moim życiu…

Kiedy przypomnę sobie, jakie sytuacje życiowe nazywałam problemami jeszcze jakieś 10, 8, 5 lat temu – to patrzę na tamtą Agnieszkę z politowaniem. Dramaty gościły w moim życiu tak często jak w telenoweli rodem z Ameryki Południowej. Bo nie odpisał na smsa, bo źle poszedł mi egzamin, bo nie zdałam za pierwszym razem egzaminu na prawo jazdy, bo pokłóciłam się z przyjaciółką. I te bardziej współczesne: bo nie wiem, czy kupić altanę czy przedłużyć dach, bo nie potrafię zdecydować, w jakim banku wezmę kredyt, bo nie mam tylu nadgodzin, co koleżanka z pracy, bo nie dostałam nic na rocznicę ślubu. Ech… Kiedy rodzi się mały człowiek, zmienia się spojrzenie na wiele spraw. Problemy znikają. Póki śmieje się dziecko, śmieje się cały świat. Póki dziecko jest zdrowe – szczęśliwi są jego rodzice i nie myślą – albo przynajmniej nie w takim stopniu, o sprawach wagi mniejszej. Z jednej strony to wspaniałe, że na bok odchodzą zmartwienia, które do tej pory spędzały nam sen z powiek – bo mamy zdrowe dzieci, bo sami jesteśmy zdrowi i to największa nagroda. Z drugiej, każdy katar, biegunkę, wysoką gorączkę, infekcję, wirusa, pobyt w szpitalu przeżywamy ze zdwojoną albo nawet po stokroć większą siłą. Nie nadużywamy już jednak słowa: problemy. Zamieniamy je na: sprawy do załatwienia, nieprzyjemne sytuacje, coś do zrobienia. Nie chcemy mieć problemów – bo teraz użycie tego słowa wiązać się będzie zapewne z wytoczeniem nam przez Boga, istotę wyższą, fatum (zwijcie jak chcecie) naprawdę ciężkiego działa.

  1. Nie mam teraz czasu

Staramy się spotykać z przyjaciółmi ze studiów przynajmniej kilka razy w roku, choć każde z nas mieszka w innym mieście i ma swoją rodzinę, pracę, sprawy. Kiedy słyszę po raz kolejny od naszej koleżanki, że nie ma teraz czasu, to jest mi zwyczajnie przykro. Tęsknię za nią i nie mogę się z tym pogodzić. To w końcu panna bez dzieci. Czasem jest mi trudno się zorganizować. Muszę dojechać gdzieś na czas, wcześniej znaleźć opiekę dla dwójki niesfornych maluchów, przygotować dla nich posiłki, spróbować ubrać się i umalować zanim wyjdę do ludzi – każdy wypad jest wyprawą zaplanowaną z wyprzedzeniem i dopracowaną w każdym szczególe. Wiem, ile dokładnie mam czasu, który kontroluję z uporem maniaka, wiem, jak najszybciej dostać się do domu. Nie mogę pozwolić sobie na spóźnienia czy dodatkowe zakupy po drodze. Tym bardziej irytuje mnie fakt, gdy ktoś spotkanie odwołuje w ostatniej chwili, spóźnia się na nie lub jest nieobecny. Ja – celebruję każdą minutę. I nie godzę się, by ktoś, kto dzieci i naprawdę ważnego innego powodu nie posiada, po raz kolejny zasłaniał się wymówką, że nie ma na coś czasu…

***

Kochani nie-rodzice pomyślcie o nas: wstających w nocy po raz kolejny, by podać wodę, zmieniających następną kupę, umaczanych w kaszy tuż przed wyjściem do pracy lub na spotkanie z Wami, zasypiających przy zimnym obiedzie, czuwających przy szczebelkach łóżka chorego bobasa, zastanawiających się, co ugotować, by maluch zjadł, choć odrobinę, biegnących z wywieszonym jęzorem po pieluchy – kiedy zechcecie użyć, któregoś z powyższych zdań. Może rzeczywiście jest ono stosowne, a może zrezygnujecie i uśmiechniecie się do siebie, mówiąc: nie jest tak źle…


  • Jeżeli spodobał Ci się ten artykuł – udostępnij go dalej.
  • Na fan page’u na facebooku dzieje się dużo więcej i z dużą dawką humoru. Wpadnij do nas!
  • Zapraszamy również do zapisania się na nasz newsletter.
  • Chcesz porozmawiać z innymi rodzicami bliźniaków, wieloraczków, dzieci „rok po roku”? Zapraszamy dozamkniętej grupy na facebooku!
  • Jeśli chcesz podzielić się swoją historią, opinią, doświadczeniem na łamach portalu, napisz do nas:kontakt@multirodzice.pl
  • Będzie nam miło, jeśli dasz znać znajomym o multiRodzicach. Sharing is caring! :-)

Z zamiłowania dziennikarka, z powołania nauczycielka języka polskiego. Autorka powieści młodzieżowej: „Księżyc nad Świtezią”. Prywatnie: wielbicielka kuchni tajskiej, dalekich podróży i Denzela Washingtona. Od niedawna, niezbyt rozgarnięta, mama bliźniaczek i - co tu dużo mówić - szczęściara. Bezkompromisowa i szczera do bólu. W życiu kieruje się zasadą: co Cię nie zabije, to Cię wzmocni (co przy posiadaniu bliźniąt wydaje się być wyjątkowo trafne).

Skomentuj