Dlaczego nauczyciele strajkują?

Ostatnio głośno jest o zbliżającym się strajku nauczycieli. Każdy (uczeń, rodzic, nauczyciel) ma swoje zdanie na ten temat. Część opinii bardzo mnie boli. Słyszę, że jestem nierobem, wracam do domu o 12, mam wakacje i ferie, zarabiam 5000 zł, a jeszcze większych pieniędzy mi się zachciewa. Z tego właśnie powodu chciałabym opowiedzieć Wam, jak wygląda tydzień z życia polonistki, nauczycielki z gimnazjum z jedenastoletnim stażem pracy, matki dwojga dzieci. Może Wasze spojrzenie na pracę nauczyciela trochę się zmieni.

Tak się w tym roku szkolnym złożyło, że plan lekcji został dla mnie rozpisany na cztery dni, poniedziałki mam wolne, o ile nie odbywa się w naszej szkole zebranie z rodzicami, rada pedagogiczna lub szkolenie dla grona pedagogicznego. Jeśli się tak dzieje, jadę do pracy na godzinę 15:00 i nie kończę wcześniej niż o 19:00. W pozostałe dni tygodnia zazwyczaj jestem w pracy od 7:35 do 14:50. W tym czasie mam lekcje w swoich klasach, nauczanie indywidualne, zajęcia dydaktyczno-wyrównawcze oraz zajęcia przygotowujące uczniów do egzaminu gimnazjalnego, a także zastępstwa za nieobecnych w danych dniach nauczycieli i tzw. „okienka”, czyli bezpłatne godziny, podczas których jestem w pracy do dyspozycji dyrektora.

Gdy tylko wybrzmi dzwonek kończący lekcje w danym dniu, pędzę na złamanie karku do przedszkola po moją pięciolatkę. Po przebyciu 25 km w krakowskich korkach docieram na miejsce ok. 16 i odbieram moje dziecko jako jedno z ostatnich w całej placówce, które w sezonie jesienno-zimowym stale zadaje pytanie, dlaczego przyjeżdżam po nie dopiero w nocy…

Resztę popołudnia spędzamy wspólnie, a po kolacji, kąpieli
i uśpieniu dzieci zaczynają się moje kolejne dwa etaty. Pierwszy naturalny – matka dwojga małych dzieci, która wieczorem pierze, gotuje, prasuje i sprząta. I drugi – nauczycielki wieczorową porą.

Tak, po zaśnięciu moich dzieci, o różnych porach zamykam się w gabinecie i do późnych godzin wieczornych przygotowuję się do lekcji na kolejny dzień, układam sprawdziany i kartkówki, przygotowuję karty pracy, wydruki materiałów potrzebnych uczniom w czasie zajęć. Oczywiście wszystko na moim prywatnym komputerze, połączeniu internetowym, drukarce, papierze i tonerze (wszystkie inne materiały i pomoce przydatne podczas lekcji także kupuję na własny koszt).

Kiedy jestem już gotowa, żeby poprowadzić lekcje w kolejnym dniu, zaczynam poprawianie zeszytów, wypracowań, zadań, próbnych arkuszy egzaminacyjnych, dyktand.

Trochę tego zawsze czeka na mnie na biurku. Ono nigdy nie jest puste! Około północy staram się zakończyć pracę w danym dniu, bo przecież po 5 trzeba wstać, a jeszcze dzieci czasem budzą się w nocy po kilka razy…

I tak do piątku, kiedy to po uśpieniu dzieci zwyczajnie padam na twarz lub zasypiam razem z pociechą w pełnym makijażu i ubraniu, by ocknąć się o 3 rano, aby móc się przebrać w piżamę i zmienić łóżko na własne.

W weekendy wcale nie jest ciekawiej.

Owszem, soboty są w pełni dla rodziny, ale w niedzielę już zaczyna się mój stres i myśl o tym, co muszę zrobić wieczorem do szkoły, z czym zalegam i jakie papiery czy dokumenty mam do przeczytania. Tak samo w Nowy Rok, Poniedziałek Wielkanocny, Wszystkich Świętych, weekend majowy czy w Boże Ciało.

Innym aspektem mojego zawodu, tym najważniejszym, jest praca z młodzieżą.

Nie należy ona do zadań łatwych. Trzeba mieć do tego predyspozycje, powołanie, dar i SIŁĘ. Wkroczenie do sali, w której przebywa 30 nastolatków, pragnących zaistnieć i popisać się przed kolegami, bywa niełatwe. Utrzymanie względnego spokoju też wcale nie przychodzi tak łatwo. A przecież to nie jest moje główne zadanie. Ja tam przychodzę uczyć! Nie należę do nauczycieli, którzy pod groźbą uwag i jedynek utrzymują grobową ciszę w klasie.

Na moich lekcjach wiele się dzieje. Czytamy i analizujemy teksty, dyskutujemy o życiu i problemach, oglądamy filmy, odgrywamy scenki itd.

A to wszystko w przyjaznej atmosferze. Z niektórymi uczniami  nawiązuję bliższe relacje. Opowiadają mi o problemach i rozterkach miłosnych, proszą o radę, zwierzają się, szukają wsparcia, a czasami płaczą, bo w nocy trzeba było bez butów uciekać przez okno przed pijanym ojcem biegającym z siekierą po mieszkaniu…

Problemów jest dużo, wszak szkoła i uczniowie to żywy organizm.

Nigdy nie wiem, co mnie spotka w danym dniu. Może, tak jak niedawno, wzburzony rodzic każe mi się wytłumaczyć z jedynki postawionej synowi za niesamodzielnie napisany sprawdzian lub obrzuci mnie niezbyt miłymi określeniami za to, że dziecko podczas wycieczki przewróciło się i rozbiło kolano, a inne przemoczyło buty… A może przyjdzie zapłakana mama, szukająca wsparcia, bo jej jedyny syn ma nieoperacyjnego guza mózgu, który skazuje nastolatka na rychłą śmierć? Może też przyjdzie do mnie uśmiechnięty uczeń i powie zwyczajne „dziękuję, że pani jest”.

Kocham moją pracę!

Studiowałam przez  5 długich lat na dobrej uczelni, żeby uczyć dzieciaki i młodzież, dlatego argumenty typu: „nie podoba ci się, to idź pracować w sklepie” bardzo mnie bolą. Każdy chciałby zostać odpowiednio wynagrodzony za swoją pracę. A ja za moje 2000 zł wypłaty za cały etat naprawdę niewiele mogę zrobić. Naszą rodzinę utrzymuje mój mąż, który śmieje się ze mnie, że moja praca to hobby, bo trzeba do niej dopłacać. Wszechobecna krytyka nauczycieli powoduje utratę autorytetu wśród uczniów. Już nawet oni śmieją się nam w oczy, mówiąc, że za taką kwotę to nie chciałoby się im nawet wyjść z domu!

I wszystko na to wskazuje, że za kilka lat może zabraknąć tych najlepszych nauczycieli.

W tym roku szkolnym w mojej szkole nie zostały obsadzone 3 etaty, bo nikt się po prostu nie zgłosił do pracy. Coraz trudniej jest zatrudnić anglistę, germanistę, matematyka, nauczyciela informatyki czy przedmiotów zawodowych. Dlaczego? Bo w innych firmach znajdą lepiej płatną pracę i nie będą narażeni na ciągłą krytykę społeczeństwa. Do czego to doprowadzi? Niestety, prawda jest taka, że będą uczyć ci najsłabsi, którzy nie dostali się na inne studia.

Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie mówił Jan Zamoyski.

Proszę, zanim skrytykujesz nauczyciela i nazwiesz go nierobem, pomyśl o tych mądrych słowach. Nie bądź krótkowzroczny, edukacja to przecież poważna sprawa.

Tak, mam dużo pracy. Myślę, że w domu pracuję tyle samo lub więcej co w szkole. Nie, nie wychodzę z pracy o 12, choć bywały takie lata. Tak, mam więcej dni wolnych niż statystyczny Polak. Chcesz się zamienić?

______________________________________________________________________________

  • Jeżeli spodobał Ci się ten artykuł – udostępnij go dalej!
  • Na fan page’u na facebooku dzieje się dużo więcej i z dużą dawką humoru. Wpadnij do nas!
  • Chcesz porozmawiać z innymi rodzicami? Zapraszamy do zamkniętej grupy na facebooku!
  • Jeśli chcesz podzielić się swoją historią, opinią, doświadczeniem na łamach portalu, napisz do nas: kontakt@multirodzice.pl
  • Będzie nam miło, jeśli dasz znać znajomym o multiRodzicach. Sharing is caring! 
Podziel się:

Nauczycielka języka polskiego w jednej z krakowskich szkół podstawowych. Szczęśliwa żona i mama trzyletniej Anieli oraz rocznego Kajetana. Pasjonatka aranżacji wnętrz w stylu skandynawskim stale zmieniająca wystrój swego domu. Wielbicielka podróży, literatury, filmu oraz szybkich samochodów. Kocia mama wrażliwa na los bezdomnych zwierząt. A także miłośniczka zdrowego jedzenia stale ukrywająca się przed dziećmi z kostką czekolady w ustach.

Dyskusja1 komentarz

  1. Chyba potrzeba więcej takich artykułów, bo społeczeństwo zatraciło szacunek do zawodu nauczyciela. Tylko nie wiem, czy brak szacunku bierze się z niewiedzy o tym, jak praca nauczyciela wygląda od kulis? Nie … to się wynosi z domu. Kiedyś ludzie przecież też nie wiedzieli jak i ile na prawdę nauczyciel pracuje, a go szanowali. Ja zrezygnowałam, podziwiam tych, którzy kontynuują działo. Pozdrawiam, była pani od niemieckiego 😉

Skomentuj