Wakacje (od) bez dzieci

Wakacje zbliżają się wielkimi krokami. Wakacje – pytam dla kogo? Przecież po każdym wyjeździe w naszą wesołą dwójeczką jesteśmy tak zmęczeni, że trudno użyć słowa urlop w kontekście podróżowania we czwórkę.

Moi rodzice i teściowie często wybierają się razem na kilkudniowe wypady. Tak jest również w chwili, kiedy piszę ten tekst. Poczułam przez moment nieodpartą pokusę, aby wysłać moje córki z dwoma parami dziadków na przedłużenie majówki, którą spędziły z nami, by na chwilę złapać oddech. Ostatecznie jedno dziecko wyraziło zgodę, drugie zaś wyraźną dosadną dezaprobatę, zatem temat umarł śmiercią naturalną. Szczerze – gdyby obie chciały pojechać, pewnie zaczęłabym wymyślać tysiące powodów, dla których lepiej byłoby, aby zostały w domu (bez wcześniejszego przygotowania mam je na końcu języka i jest ich co najmniej 3).

Z ogromnym sentymentem wspominam nasze wakacje we dwoje.

Wyprawy, spontaniczność, beztroskę, często nawet brak zdrowego rozsądku. Już prawie nie pamiętam, jak to jest leżeć na leżaku z zamkniętymi oczyma nie martwiąc się o nic i o nikogo. Zacierają się wspomnienia i informacje o tym, czy tamtym miejscu, które mogliśmy spokojnie i w skupieniu zwiedzić, poznając jego historię.

Dziś podróżujemy inaczej. Bez zwiedzania, w miejsca bliższe, a podstawowy warunek to bliskość plaży, ciepła woda i dużo piachu. Nie ma mowy o zamknięciu oczu nawet na ułamek sekundy. Jest to do zrobienia, a jednak głowa nie bardzo słucha…

Mimo wszystko uważam chwile spędzone we czwórkę za coś najcenniejszego, co mogę ofiarować moim córkom.

Mam wrażenie, że i one tak właśnie odbierają każdy nasz rodzinny wypad, o czym mówią nieraz wprost, a czasem używając wymownych gestów czy mimiki. Nie zamieniłabym zatem naszych męczących często, aby nie powiedzieć wyczerpujących i pełnych aktywności od rana do wieczora wczasów z dziećmi na te bez nich.

Coraz częściej obserwuję jednak nowy trend. Z dziećmi owszem – na kilka dni w góry czy nad jezioro, natomiast potem „prawdziwe wakacje” – bez (albo może od) dzieci. Wtedy para wybiera już coś extra: Malediwy, Zanzibar, Kuba. Aby trochę użyć, aby się zresetować, aby znów poczuć jak to było przed dziećmi i naładować akumulatory.

Absolutnie nie zamierzam poddawać ocenie ani jednego, ani drugiego działania.  Mnie z łatwością można zarzucić, że trzymam dzieci blisko maminej spódnicy, że przecież rozłąka z rodzicami też dobrze by im zrobiła, że dziadkowie mają prawo nacieszyć się wnukami i wiele innych zastrzeżeń. Czuję jednak, że mamy jeszcze na to czas. Kiedyś przeczytałam tekst o tym, że odkąd zostajemy rodzicami, mamy przed sobą mniej więcej 18 wspólnych wakacyjnych wyjazdów. Następne będą już bez naszych pociech, które wybierać zaczną kogoś innego: przyjaciół, miłość swego życia. Oczywiste, nieprawdaż? Chciałabym więc, aby każde z tych wspólnych podróży były pełne wrażeń i wspomnień, do których dziewczynki będą latami wracały.

Nie wyobrażam sobie pokazywać im za kilka lat zdjęć z egzotycznego kraju i na pytanie: a gdzie my wówczas byłyśmy, odpowiadać: zostawiliśmy Was u dziadków.

Nawet, gdy to piszę, kłuje mnie serce. Szczerze – do dzisiaj pamiętam kilka scen z mojego dzieciństwa: na ogół to wspomnienia miłe i ciepłe. Wśród nich jest jedno traumatyczne: siedzę pod stołem u babci i dziadka, których nie bardzo lubiłam. Powstrzymuję płacz do czasu, gdy mama i tato wyjdą z ich domu. Wiem, że wyjeżdżają za granicę, że nie mogą mnie zabrać (lata 80., zdobywanie gotówki, handel), a mimo to z trudem mogę na nich patrzeć. Wychodzą. Zaczynam histerycznie płakać i odliczać dni do ich powrotu. Wspomnienie wyraźne jakby to było wczoraj. Najgorsze, jakie posiadam. Gdyby dzisiaj mama powiedziała mi, że wyjechali wówczas na wakacje, a nie w celach zarobkowych – miałabym jej to za złe.

Wierzę, że za kilka lat, a może nawet szybciej, moje dzieci będą na tyle dojrzałe, że zdecydujemy zabrać się je gdzieś dalej, pokazać im coś odmiennego od tego, co już poznały. Chcę jednak, aby był to odpowiedni moment, bo widzę, że dopiero wkraczamy w czas świadomości, pełniejszego przeżywania, zachwytów nad krajobrazem, zwierzętami, dźwiękami…

Nie chcę podróżować bez dzieci do czasu, kiedy same powiedzą mi: wolałybyśmy kolonię, obóz, wypad ze znajomymi. Nie zamierzam przyciągać do siebie pępowiny, nie jest moją intencją wychowanie damskiego odpowiednika maminsynka. Póki co, polubiłam to wieczorne zmęczenie po dniu w nowym miejscu, które zostało dogłębnie sprawdzone, przeszukane, a czas od wschodu do zachodu słońca wyciśnięty jak cytryna. Lubię spać kamiennym snem, mimo iż wiem, że kolejny ranek przyniesie podobne wyczyny. Lubię, bo wiem, że przyniesie też mnóstwo dziecięcego śmiechu, beztroski i wyryje niezmazywalny ślad w małych głowach.

Zamierzacie zmyć mi za to głowę, czy może jesteście w tej samej drużynie?

______________________________________________________________________________

  • Jeżeli spodobał Ci się ten artykuł – udostępnij go dalej.
  • Na fan page’u na facebooku dzieje się dużo więcej i z dużą dawką humoru. Wpadnij do nas!
  • Chcesz porozmawiać z innymi rodzicami bliźniaków, wieloraczków, dzieci „rok po roku”? Zapraszamy do zamkniętej grupy na facebooku!
  • Jeśli chcesz podzielić się swoją historią, opinią, doświadczeniem na łamach portalu, napisz do nas: kontakt@multirodzice.pl
  • Będzie nam miło, jeśli dasz znać znajomym o multiRodzicach. Sharing is caring! 
Podziel się:

Z zamiłowania dziennikarka, z powołania nauczycielka języka polskiego. Autorka powieści młodzieżowej: „Księżyc nad Świtezią”. Prywatnie: wielbicielka kuchni tajskiej, dalekich podróży i Denzela Washingtona. Od niedawna, niezbyt rozgarnięta, mama bliźniaczek i - co tu dużo mówić - szczęściara. Bezkompromisowa i szczera do bólu. W życiu kieruje się zasadą: co Cię nie zabije, to Cię wzmocni (co przy posiadaniu bliźniąt wydaje się być wyjątkowo trafne).

Dyskusja1 komentarz

  1. My tak zrobiliśmy z moją żoną dwa lata temu, pojechaliśmy na wczasy za granicę, córeczki zostały w górach u teściów, gdzie miał basen przed domem i inne atrakcje. My… wypoczęliśmy i naładowaliśmy akumulatory 😉

Skomentuj