Mamy dziecko – mamy kryzys! czyli problemy w związku po pojawieniu się dziecka

Mówili o Was, że dobrani jak w korcu maku, że dwie połówki jabłka, bo rzeczywiście miałaś wrażenie, że razem ze swoim partnerem stanowicie zgrany team. Przeżyliście ze sobą kawał czasu i podjęliście decyzję o powiększeniu rodziny. Jak wieść gminna niesie, przyjście na świat dziecka oprócz szczęścia przynosi coś jeszcze – kryzys w związku. To właśnie dlatego psychologowie i mądre książki odradzają starania o potomstwo parom, które akurat przechodzą trudne chwile – dziecko bowiem sytuacji nie poprawi, a może jedynie zaostrzyć istniejące już konflikty.

Większość z par decyzję o dziecku traktuje bardzo poważnie (choć bywają wśród niemowląt i owoce wielkich spontanicznych namiętności). Jest ona poprzedzona, być może nawet zbyt wnikliwymi, przygotowaniami i rozważaniami. Co tu dużo gadać, sami zdecydowaliśmy się na rodzicielstwo dopiero kilka lat po ślubie. To cecha naszych czasów.

Moim zdaniem, kryzys po narodzeniu dziecka może, ale wcale nie musi się przyplątać. Co nie oznacza, że napięcie nie będzie wzmożone, pojawią się wymówki, pretensje, wzajemne oskarżenia i małe bądź większe wojenki. Choćbyśmy nie wiem jak wspaniałomyślnymi partnerami byli dotychczas ani jak bardzo byśmy się starali – zwyczajnie trudno tego wszystkiego uniknąć.

Do tej pory żyliśmy przecież wygodnie we dwójkę. Znaliśmy swoje nawyki, przyzwyczajenia. Pogodziliśmy się z wadami naszego współlokatora, przyjaciela, kochanka w jednym. Teraz pojawia się ktoś obcy (bardziej właściwe byłoby tu określenie „alien”), a w przypadku multiRodziców nawet dwóch obcych, bądź więcej! Zaczynamy zatem od tego, od czego zawsze zaczyna się wpuszczenie do swego świata jakiejś osoby: przyglądamy się sobie wzajemnie, poznajemy się, uczymy swoich nawyków, próbujemy ustalić zasady funkcjonowania w powiększonym gronie. A to bywa kłopotliwe.

Dzieci same w sobie nie są przyczyną konfliktów – słodkie, małe, pachnące, rozbrajające i delikatne. Jednak te same dzieci – szczególnie w pierwszych tygodniach życia przynoszą: brak snu, permanentne zmęczenie, ograniczenie czasu dla siebie, frustrację.

Zmęczony człowiek nie myśli, nie mówi i nie postępuje tak, jakby zrobił to po ośmiogodzinnej drzemce i zjedzeniu spokojnie croissanta oraz wypiciu ciepłej kawy. Funkcjonuje trochę jak na haju. Pamiętam do dziś, jak po nieprzespanej (całkowicie) nocy, podczas której nosiliśmy nasze „zakolkowane” pociechy, prowadziłam samochód. Wszystko wydawało mi się zamglone, niejasne, a głowa bolała, jak na niezłym kacu po imprezie w akademiku. Jeśli takich nocy przeżyjemy kilkanaście pod rząd, ból głowy się nasila, złość rośnie – trzeba znaleźć ujście dla swoich negatywnych emocji. Najbliżej znajduje się ojciec/matka dziecka, który w tym momencie jawi nam się jako przyczyna wszystkich, dosłownie wszystkich, naszych problemów.

Co się wówczas dzieje? Na ogół pożar zaczyna się od malutkiej zapałki. Tak jest i w tym wypadku. Wystarczy zdawkowe: „To ma być obiad?” – albo – „Tatuś raczył wrócić do domu”, by wzniecić niezły żar.

Co za złe mają matki swoim partnerom, a co powoduje wybuchu gniewu u obojga? Lista jest długa i pewnie można by ją uzupełniać w nieskończoność. W rozmowach z moimi przyjaciółkami-mamami pojawiają się następujące zarzuty:

Matki:

– Wszystko jest na mojej głowie. Ty wychodzisz na cały dzień, spotykasz się z ludźmi, popijasz kawę, od czasu do czasu popracujesz. Jesteś wypoczęty, masz dorosłych rozmówców. Ojcem jesteś od 17.00 do 19.00!
– Twoje życie w ogóle się nie zmieniło! Nie musiałeś niczego poświęcić!
– Przez Twoje ciało nie przeszło tsunami, nie musisz katować się dietą-sretą, bo Twoje cycki (wyglądające jak wymiona) nie muszą nakarmić dwójki Twoich dzieci!
– Nie zamierzasz wstawać w nocy? Bo pracujesz? A ja nie pracuję 24 godziny na dobę? W domu to nie jest praca?
– Jestem na urlopie? Chętnie się zamienię i zrezygnuję z dalszej części macierzyńskiego, możesz się wykazać!
– Nie patrzysz już na mnie jak dawniej. Jestem nieatrakcyjna.
– Ja mam to zrobić, bo ja jestem matką? I co z tego? Żyjemy w średniowieczu? Znalazł się pan i władca.
– Nie, nie będę kolejny raz prosiła moich rodziców/ mamy, żeby przyszli mi pomóc, bo Ty musisz wyskoczyć wieczorem na trening/ na fuchę/ z kumplami na narty.
– Chcesz się rozwijać i rozważasz oferty samodoskonalenia? Ależ proszę zapisz się na MBA albo jakiś inny hiszpański czy jidysz, cholera.

Ojcowie:

– Przecież ktoś musi zarabiać na ten dom i na dzieci. Nie byłem na imprezie, tylko w pracy. Nie możesz mieć do mnie o to pretensji.
– Ja też jestem zmęczony. Dlaczego chcesz wyjść z domu i dlaczego miałbym zostać sam z dziećmi? Ja też pracowałem!
– Stałaś się straszną zrzędą. Gdzie się podziała dziewczyna, w której się zakochałem?
– Skupiasz się tylko na dzieciach. Pamiętaj, że ja też mam swoje potrzeby. Mogłabyś pomyśleć czasem o mnie, a nie tylko o nich.
– Sama dokonałaś wyboru. Jeśli nie chcesz być na macierzyńskim, wracaj do pracy i zatrudnimy nianię. Mam dość narzekania, jaki to ciężki kawałek chleba.
– Nie, nie mogę się kolejny raz urwać z pracy. Możesz jechać sama. Nie traktujesz mojej pracy poważnie.
– Ty przynajmniej się wysypiasz, kiedy dzieci śpią. Kiedy ja mam się wyspać?
– Tak. Delegacje to część mojej pracy. Nie będę znowu wysłuchiwał tych wyrzutów.

Ostatecznie krótka wymiana zdań kończy się cichymi dniami. Następnie wszystko wraca do normy. Sytuacja powtarza się co drugi, trzeci dzień – w zależności od ilości godzin snu dzieci danej nocy. Jeśli potrafimy jednak w weekend usiąść przy kawie, obejrzeć wspólnie film albo po prostu przytulić się do siebie i podzielić się nadzieją, że to wszystko minie (w końcu musi) – kryzys zażegnany. Gorzej, jeśli wzajemne wyrzuty i oskarżenia będą rzucane codziennie przez oboje z nas, aż urośnie z nich ściana nie do przebicia.

Z własnej perspektywy mogę powiedzieć, że zbawienne, w całej tej trudnej, czasem absurdalnej sytuacji, jest zachowanie poczucia humoru i stosowanie zasady tylko spokój nas uratuje. W naszym domu przez pierwsze trzy miesiące, gdy nosiliśmy dziewczynki nocami na rękach, wyglądając jak zombie i podobnie się czując, pomagało zawsze śpiewanie piosenki: Jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie… dostawaliśmy głupawki i jakoś to szło.

I wiecie co? Już jest lepiej. Do normalności nam daleko. Bardzo daleko. Tyle, że chyba już wcale tak usilnie do niej nie dążymy…


  • Jeżeli spodobał Ci się ten artykuł – udostępnij go dalej.
  • Na fan page’u na facebooku dzieje się dużo więcej i z dużą dawką humoru. Wpadnij do nas!
  • Zapraszamy również do zapisania się na nasz newsletter.
  • Chcesz porozmawiać z innymi rodzicami bliźniaków i wieloraczków? Zapraszamy na forum!
  • Jeśli chcesz podzielić się swoją historią, opinią, doświadczeniem na łamach portalu, napisz do nas: kontakt@multirodzice.pl
  • W jakiejkolwiek innej sprawie – pisz również! Jesteśmy tu po to by porozmawiać, czasami ponarzekać, ale najczęściej się wspólnie pośmiać.
  • Będzie nam miło, jeśli dasz znać znajomym o multiRodzicach. Sharing is caring! :-)

Z zamiłowania dziennikarka, z powołania nauczycielka języka polskiego. Autorka powieści młodzieżowej: „Księżyc nad Świtezią”. Prywatnie: wielbicielka kuchni tajskiej, dalekich podróży i Denzela Washingtona. Od niedawna, niezbyt rozgarnięta, mama bliźniaczek i - co tu dużo mówić - szczęściara. Bezkompromisowa i szczera do bólu. W życiu kieruje się zasadą: co Cię nie zabije, to Cię wzmocni (co przy posiadaniu bliźniąt wydaje się być wyjątkowo trafne).

Dyskusja3 komentarze

  1. Piszesz takie oczywistości, że aż mnie wkurza ta prawda! Bo ja to przecież wszystko wiem! Żenujace jest jednak to, co zmęczenie z Nami robi :/ a niby jesteśmy dorośli O_O

    • Kasiu – dla nas matek to oczywistości.
      Ostatnio spotkałam jednak moją uczennicę, aktualnie 19-latkę. Nie układa jej się z facetem, mówi, że chce ją zostawić, więc “weźmie go na dziecko”. Pół godziny tłukłam do głowy te “oczywistości”. A uwierz mi – pogubionych małolat jest znacznie więcej. Wiem coś o tym.
      Niestety, dopiero, kiedy stajemy się matkami, przekonujemy się, że kolorowo tylko bywa, a krajobraz w związku po dziecku – na ogół jest raczej szary… nieprawdaż?

Skomentuj