Wychowywanie dzieci bez pomocy rodziny – jak to robią w Skandynawii? #2

Ten post będzie o początkach rodzicielstwa bez wsparcia rodziny. Dla wszystkich tych, którzy nie mogą lub nie chcą liczyć na babcie i dziadków i chcą dowiedzieć się, jak to jest wychowywać dzieci całkowicie samodzielnie.

Wyobraź sobie, że Ty i Twój partner zostajecie rodzicami, albo od razu multirodzicami, ale cała wasza rodzina mieszka gdzieś daleko lub nie możecie na nią liczyć z innych powodów. Oznacza to, że ze wszystkim będziecie musieli radzić sobie sami. Nie będzie nikogo, komu można by dziecko podrzucić, gdyby przydarzyła się jakaś podbramkowa sytuacja.

Nie będziesz mieć wychodnego, nikt Ci też do domu nie przyjdzie pomóc, nie odbierze dziecka z przedszkola. Ale też nikt nie będzie się Wam wtrącał i mówił co i jak macie robić. Opowiem Wam o cieniach i blaskach takiego rodzicielstwa.

Nasze mieszkanie to twierdza.

Im mniej osób do pilnowania dzieci, tym więcej sprzętów potrzeba do ich obsługi. A co za tym idzie więcej transformacji mieszkaniowych i pieniędzy do wydania.

Kiedy dowiedzieliśmy się, że urodzą nam się bliźniaki, pierwsze co zrobiliśmy, to wymieniliśmy wszystkie meble w salonie. Stolik pod telewizor zniknął, telewizor zawisł na ścianie. Zamiast  witrynek pojawiła się masywna pojemna komoda i tak dalej. Stół kupiliśmy taki, żeby wsuwały się pod niego krzesełka do karmienia, które mieliśmy zamiar kupić za jakiś czas. Dopiero potem zaczęliśmy myśleć o pokoiku dziecięcym. Gdy dzieci zaczęły raczkować i otwierać szafki, pojawiły się zabezpieczenia na szafki i bramki, żeby nie weszły tam, gdzie jest niebezpiecznie. Kontakty są pozabezpieczane, kable pochowane za specjalnymi listwami i tak dalej. A grzejnik wisi wysoko, ponieważ trzy poprzednie zostały zepsute jeszcze zanim szkraby nauczyły się chodzić…

Kiedy przychodzą do nas znajomi, dziwią się, że jesteśmy tacy uzbrojeni.

Oni przecież też mają dziecko w takim samym wieku, a nigdy nie robili niczego takiego, jak my. I tak jest u większości rodziców, których znam. Dodam tylko, że ci nasi znajomi mają jedno, bardzo spokojne dziecko i oboje cały czas są z nim w domu.

Nie rozumieją, jak to jest, gdy przez 80% czasu w pierwszym roku życia bliźniaków jest się z nimi samemu w domu, bo mąż pracuje więcej niż osiem godzin dziennie, a czasem też w soboty.

Przecież trzeba móc wyjść do toalety, do skrzynki pocztowej, wyrzucić śmieci. A dzieci mają w tym czasie być same w domu i nie może im się stać krzywda. I nie mogą przecież być co chwilę wkładane do kojca lub łóżeczek. Będąc w kuchni, nie można przecież za nimi jednocześnie biegać i sprawdzać co robią.

„Masz bliźniaki? Masakra, Ty to się nabiegasz za dziećmi!”

A właśnie, że nie. Biegają ci rodzice, którzy sobie mieszkania nie urządzili „pod dzieci”. Aaaa… i jeszcze myśleli, że ich dziecko to akurat nie będzie takie, że wszystko zechce szarpnąć, sprawdzić, pogryźć. Wtedy jest bieganie po domu za dziećmi oraz mówienie im co chwilę: nie ruszaj!, wróć!, zostaw to!, nie wolno!

Moje dzieci i ja mamy luz, a jest to konsekwencją inwestycji w zabezpieczenie mieszkania.

Oczywiście, nie jest idealnie. Ale kiedy dziecko nauczy się, że można wejść na stół, czy otworzyć drzwi, nie zacznie Wam od razu demolować wszystkiego.

Wyjścia na podwórko.

Mając dwoje dorosłych do opieki nad jednym, czy dwójką małych dzieci, można się pokusić o niezabieranie wózka i pójście na podwórko pieszo. W moim przypadku nie ma takiej opcji. Jestem ja i prawie dwuletnie bliźniaki, które od zawsze przyzwyczajone są do wózka. Teraz, gdy okazały się już za ciężkie na wózek, jeździmy przyczepką rowerową. Dzieci rzadziej mają możliwość swobodnie pohasać sobie po podwórku.

Do przedszkola czym prędzej.

Z mojej perspektywy wygląda to tak, że osoba dorosła po półtora roku samodzielnego obsługiwania oraz aktywizowania dwójki wszędobylskich maluchów, będzie miała powoli tego dość i zacznie się wypalać.

Ile godzin dziennie można czytać książeczki, puszczać bańki mydlane, urządzać dyskoteki z pluszakami, bawić się na podłodze z dziećmi? A w tym czasie obiad i sprzątanie samo się nie zrobi. A odpoczynek? Wiadomo, że mąż pracuje, więc wieczorami tylko pomaga przy dzieciach. A pomoc to nie to samo co stuprocentowa odpowiedzialność za całokształt.

Nasze dziewczyny zaczęły się nudzić po pewnym czasie, gdy każdy dzień wyglądał tak samo lub podobnie.

Myśleliśmy, że to tzw. przyspieszony bunt dwulatka. Zaczęły często płakać, rzucać się na podłogę, rzucać rzeczami, uciekać, gdy prosiłam, żeby podeszły do mnie. Okazało się, że to zwykła nuda!

Wybawieniem było przedszkole. Nazywam placówkę przedszkolem, gdyż u nas w Norwegii  nie ma rozgraniczenia na żłobki i przedszkola. Dostaje się miejsce i dziecko chodzi do przedszkola, aż do momentu pójścia do pierwszej klasy.

I dopiero teraz, po półtora roku odżyłam. Odżyły też dzieci.

Mają masę atrakcji, pełne wyżywienie. Po powrocie do domu spędzam z nimi aktywnie godzinę, kolejne pół godziny to kolacja, szykowanie do spania. Potem dziewczyny są już tak zmęczone, że idą spać. Nie ma problemu z zasypianiem, bo dzieci co dzień biegają po przedszkolnym podwórku oraz mają drzemki na dworze. Teraz właśnie, gdy piszę dla Was ten artykuł, spoglądam w międzyczasie na telefon, na aplikację przedszkolną. Jest komunikat, że obie zostały położone do wózka do spania.

W Internecie pełno jest artykułów o tym, że dzieci w wieku 1 – 2 latka są przestymulowane, że mają nadmiar wrażeń. Mało jest natomiast artykułów traktujących o tym, że niektóre z tych dzieci potrzebują właśnie wielu wrażeń.

Udany dzień dla moich prawie dwuletnich dziewczyn, to taki, gdy cały czas coś się dzieje, i  mam tu na myśli aktywną zabawę. Rodzic bez pomocy innych osób sam nie jest w stanie zabawiać dzieci non stop, dlatego ucieka się do puszczania bajek, teledysków na YouTube malutkim dzieciom. Ja się wcale nie dziwię takim rodzicom. Sama na szczęście już nie muszę tego robić. Świnka Peppa jest oglądana zazwyczaj około godzinę tygodniowo. Oglądamy tylko w weekendy i częściej, gdy dzieci są chore.

Zalety i wady.

Zaletą wychowywania bez pomocy dziadków czy innych członków rodziny jest z pewnością brak konfliktów związanych z tym, co i jak powinno się robić. Brak złotych rad, wolność wyborów i jasny przekaz płynący od rodziców do dziecka. Dziecko wie, czego się od niego oczekuje, co wolno, a czego nie. Nie ma takich sytuacji, że może wyprosić od babci to, czego nie dostanie od rodzica.

A rodzic czuje wtedy, że ma faktyczny autorytet. I czuje dumę, że daje radę.

Moje dzieci mają zapracowanych, aktywnych, lubiących podróże dziadków. Oni też mają swoje życie, a swoje dzieci wychowali sami, bez niczyjej pomocy. Są szczęśliwi, że jadą do wnuków, bo chcą, nie dlatego, że muszą.

A kiedy przyjeżdżają, mają prawo rozpieszczać nasze dzieci jak tylko chcą. Nie stawiamy żadnych ograniczeń, bo to są chwile tylko dla nich. Dziadkowie przyjeżdżają do nas w gości dwa razy w roku. Nawet wtedy, gdy jadą do wnuków, jadą na urlop, nie „do pracy” przy dzieciach.

Wadą takiego systemu jest to, że dopóki dzieci są małe, nie rozpoznają dziadków i płaczą, gdy zobaczą ich na żywo. Za każdym razem muszą od nowa oswajać się z tym, że oni tu są i jutro, pojutrze nadal tu będą. Na pewno wadą jest też tęsknota dziadków za wnukami, zwłaszcza, że póki co, to ich jedyne wnuki. W przyszłości nasze dzieci prawdopodobnie nie będą miały takiej głębokiej relacji z dziadkami, jaką mają inne dzieci, to też jest wada. Ale z biegiem czasu będzie coraz łatwiej pojechać z nimi do dziadków, a kiedyś wysłać ich do dziadków na wakacje. A jeszcze zanim to nastąpi, dzieci nauczą się kojarzyć fakt, że można rozmawiać z nimi i na żywo i przez Internet.

Opowiem Wam, jak sprawa się ma w Norwegii – tutaj rzadkością jest, by dziadkowie pomagali w opiece i wychowywaniu dzieci.

Sytuacja pierwsza – rodzice są ze sobą i mieszkają razem.

Jeśli oboje pracują, mają tak uzgodnione godziny pracy, by dzieci mogły chodzić do przedszkola. Jeśli mają starsze dzieci i jedno malutkie, to ojciec zabiera zazwyczaj wszystkie starsze (mające ukończony pierwszy rok życia) dzieci do przedszkola, by matka mogła pobyć sama z niemowlęciem, a pozostałe dzieci wracają do domu najczęściej po godzinie 16.00. Gdy dziecko dużo choruje i skończą się obojgu rodzicom dni do opieki nad dzieckiem, instytucja podobna do ZUSu płaci takiemu rodzicowi zasiłek, a pracodawca może pozwolić mu nie pracować, dopóki dziecko nie wyzdrowieje.

Sytuacja druga – rodzice już nie są ze sobą i mieszkają w różnych miejscach.

Dziecko takie przebywa raz u jednego, raz u drugiego rodzica. U każdego z nich ma swój pokój i swoje rzeczy, zabawki. Nieraz słyszałam od trzylatka, że takiego dinozaura ma w domu mamy, a taki samochodzik w domu taty. Ludzie w Skandynawii często po czterdziestce rozchodzą się, często nowa rodzina składa się z dzieci „moich, twoich, naszych”. Często też ludzie pytają się siebie nawzajem np. „Na ile procent masz syna, a na ile córkę?”. Bo przydział opieki jest procentowy, zależny od tego w jakiej odległości od siebie rodzice mieszkają, jaki rodzaj pracy wykonują itp.

Sytuacja trzecia – samotnie wychowujący rodzic.

Tu rzeczywiście najczęściej pomagają dziadkowie. Zwłaszcza, gdy osoba młoda i bez możliwości samodzielnego utrzymania się rodzi dziecko. Wtedy już przy porodzie można mieć obok siebie, zamiast standardowo – męża, partnera – matkę, czy inną bliską osobę. Młode dziewczyny na porodówkę często przyjeżdżają z mamami.

A czy Wy wychowujecie lub chcielibyście wychowywać dzieci bez pomocy rodziny? Jakie są Wasze doświadczenia, jakie widzicie zalety i wady takiego rozwiązania?

Post jest częścią cyklu artykułów o życiu i wychowaniu dzieci w Skandynawii.

_________________________________________________________________________________________

  • Jeżeli spodobał Ci się ten artykuł – udostępnij go dalej!
  • Na fan page’u na facebooku dzieje się dużo więcej i z dużą dawką humoru. Wpadnij do nas!
  • Chcesz porozmawiać z innymi rodzicami? Zapraszamy do zamkniętej grupy na facebooku!
  • Jeśli chcesz podzielić się swoją historią, opinią, doświadczeniem na łamach portalu, napisz do nas: kontakt@multirodzice.pl
  • Będzie nam miło, jeśli dasz znać znajomym o multiRodzicach. Sharing is caring!

W Polsce pracowała jako nauczycielka języka niemieckiego w szkole podstawowej. Wyjechała wraz z mężem do Norwegii kilka lat temu. Pracowała tam jako asystentka nauczycieli przedszkolnych w różnych przedszkolach i zobaczyła inny, niż w Polsce model wychowywania dzieci. Jest mamą bliźniaczek, zakochana i w dziewczynkach i w Norwegii. Nowa rola i nowe otoczenie bardzo ją inspirują. Lubi pływać łodzią po morzu, uczyć się języków obcych i czytać fantastykę. Prowadzi bloga: www.skandynawianka.blogspot.com

Dyskusja3 komentarze

  1. Mam jedno dziecko, mega wymagające, jestem z nim sama w domu a na dziadków nie mogę liczyć. Wszystko spada na mnie, nadrabiam że sprzątaniem i gotowaniem w weekendy kiedy przyjeżdża mój mąż. Moje dziecko nie nawidzilo wózka, fotelika w aucie, nienawidziło spać w nocy, drzemać w dzień, być samo żebym mogła wziąć prysznic czy skorzystać z toalety. Ma prawie 4 lata i od roku dopiero mogę spokojnie umyć głowę czy ugotować obiad. Nie bawiło się samo mimo ogromnej mojej inwencji i nieustannego dopingowania także każdą minutę dnia poświęcałam na wspólny czas. Długo nie wykazywało zdolności przedszkolnej, dopiero teraz zaczyna swoja przygodę, ale to póki co 3godziny tylko. Bardzo żałuję, że w zasadzie wychowuje i zajmuje się moim przedszkolakiem sama. Raz na 3-4 miesiące jedzie nocować do mojej mamy, raz na 3-4 miesiące zostaje na godzinę czy dwie z moimi teściami (jeśli mam lekarza czy fryzjera itp). Taka częstotliwość opieki jest absolutnie niezbedna bo po prostu nie daje sobie rady sama. Natomiast z perspektywy dziadków (teściowie emeryci moja mama czynna zawodowo) to są ich górne granice. Cieszę się, że i tak mają jako taka chęć mi pomagać ale absolutnie nie mam czasu dla siebie, na sen, odpoczynek, relaks. Dlatego pomimo planów pozostaje przy jednym dziecku. W innym przypadku totalnie się zajadę.

  2. Ania autor posta

    I słusznie, w takiej sytuacji ciężko byłoby Ci z drugim dzieckiem. My mamy bliźniaki i też prawie czterolatki. Każdy dziadek i babcia ma swoje granice cierpliwości do wnuków… tylko jest to zazwyczaj temat tabu. Bo nie wypada powiedzieć, że wnuk męczy. Dobrze, że znasz te granice i się tego trzymacie. Moje chodzą do przedszkola od 20 miesiąca życia, są od 7.00 do 16.30 od początku, również wtedy gdy nie miałam jeszcze pracy:)

Skomentuj