Za każdym razem…

Za każdym razem, kiedy jestem bardzo zmęczona i marzę tylko o tym, by moje dzieci miały już „naście” lat i potrafiły same zagospodarować swój czas, przypominam sobie słowa i tęskne spojrzenia wędrujące do dwóch małych istot – od mam nastoletnich już i całkiem dorosłych dzieci. Za każdym razem gryzę się w język i staram się uświadomić sobie, że za kilka lat będę z sentymentem wracała do każdej z tych chwil, które dzisiaj przechodzą obok moich myśli obojętnie.

Za każdym razem, kiedy zbliża się nurzące wieczorne usypianie, myślę o tym, że za moment wtulę się w maleńkie pachnące jeszcze, choć już nie tak intensywnie, maluszkiem ciało.

Poczuję szybkie bicie serduszka, bo moje ręce oplotą małe ramionka. Będę wsłuchiwała się w delikatny oddech – spokojny i miarowy. Spojrzę na rozchylone usteczka i kształtną główkę spoczywającą na małej podusi. Zanim się obejrzę, noce będą samotne. W fotelu, po ciemku – w oczekiwaniu, o której wróci. A ono tylko trzaśnie drzwiami bez słowa „dobranoc”.

Za każdym razem, kiedy cienki głos prosi mnie o obecność podczas zabawy, bycie w pobliżu i już mam ochotę wymyślić jakąś wymówkę, bo przecież to strata czasu…

Myślę o tym, że za kilka lat drzwi od tego samego pokoju pozostaną zamknięte. Siedzę zatem na dywanie i słucham opowieści o księżniczkach, obserwuję zabawne sceny, nieporadne scenariusze, słyszę przekręcone słowa, które rozbawiają mnie do łez. Co kilka minut otrzymuję soczystego całusa, mocne przytulenie i zapewnienie, że ten mały człowiek mnie kocha.

Za każdym razem, kiedy poprosi o przeczytanie książki, a ja już prawie zdążę pomyśleć, że przecież znam tę historię na pamięć…

przypominam sobie, że możemy usiąść blisko, uśmiechać się do siebie, śmiać i płakać – w zależności od czytanej historii. Możemy się przytulić i całować. Bo przecież za kilka lat będzie czytać głównie nowe posty na fejsie ze słuchawkami na uszach, klapkami na oczach…

Za każdym razem, kiedy nieporadnie słowa próbują coś ważnego powiedzieć, a ja akurat muszę poprowadzić rozmowę przez telefon… odkładam słuchawkę i słucham.

Każde słowo jest na wagę złota, każda myśl najważniejsza na świecie. Jeśli jeden raz zauważy, że nie słucham – może nie przyjść wtedy, kiedy wydarzy się coś naprawdę ważnego. A za kila lat to nie ja będę powiernicą jej tajemnic tylko przyjaciółki albo co gorsza znajomi z „neta”.

Za każdym razem, kiedy prosi o pomidorową, a mam ochotę na chińszczyznę, obchodzę się smakiem.

Któż tak radośnie pałaszuje posiłek? Kto tak wdzięcznie potrafi powiedzieć „dziękuję” za przyrządzoną dla niego potrawę. Kto wydawać umie te śmieszne odgłosy – wyrazy zachwytu nad prostą rzeczą. Za kilka lat zje przecież „na mieście”, z kumplami albo będzie bardzo zajęte – więc w ogóle nie będę gotować.

Za każdym razem, kiedy zada pytanie: A dlaczego? A po co? Postaram się nie kręcić nosem i nie wzdychać.

Pomyślę: jestem dla niego skarbnicą wiedzy, co powiem, przyjmie za pewnik. Wierzy właśnie mnie i właśnie mnie ufa. Jestem autorytetem i mistrzem. Czy moją rolę za chwilę przejmie wikipedia i kolega z kuratorem nad głową?

Za każdym razem, kiedy wymyśla coś nowego.

Pieczenie ciastek, spacer po lesie, jazda na sankach. Każda jego prośba, jego małe marzenie ma MAMĘ i TATĘ w centrum. Bez mamy i taty nic nie ma sensu. Robimy więc wszystko, na co ma ochotę – bo za chwilę jedyne, o co nas poprosi to forsa na nowe buty i nowy telefon.

Za każdym razem, kiedy wracamy z urlopu i mam ochotę wrzucić walizki do kosza, bo przecież jestem jeszcze bardziej zmęczona niż wcześniej…

patrzę na zebrane muszelki, ogorzałe od słońca twarze, pachnące wodą morską małe kąpielówki. I wiem, że zostało mi tylko kilka lub kilkanaście takich wyjazdów. Bo niebawem usłyszę, że to obciach wozić się ze starymi.

Za każdym razem, kiedy wracamy z przedszkola i każda z nich, chce trzymać mnie za rękę.

A ja mam ochotę wrzasnąć, bo plecaki, maskotki, torebka… wrzucam wszystko do wielkiego worka i trzymam mocno obie małe rączki. Dostaję w zamian uśmiech i widzę wszystkie małe białe ząbki. Idziemy dumnie, we trzy, bo czują się bezpiecznie. Bo wiedzą, że nic im nie grozi. A przecież już za moment nie będą chciały trzymać mojej ręki, bo ktoś zauważy, bo koleżanka będzie się śmiać…

Mamo, Tato – carpe diem.

______________________________________________________________________________

  • Jeżeli spodobał Ci się ten artykuł – udostępnij go dalej!
  • Na fan page’u na facebooku dzieje się dużo więcej i z dużą dawką humoru. Wpadnij do nas!
  • Chcesz porozmawiać z innymi rodzicami? Zapraszamy do zamkniętej grupy na facebooku!
  • Jeśli chcesz podzielić się swoją historią, opinią, doświadczeniem na łamach portalu, napisz do nas: kontakt@multirodzice.pl
  • Będzie nam miło, jeśli dasz znać znajomym o multiRodzicach. Sharing is caring! 

Z zamiłowania dziennikarka, z powołania nauczycielka języka polskiego. Autorka powieści młodzieżowej: „Księżyc nad Świtezią”. Prywatnie: wielbicielka kuchni tajskiej, dalekich podróży i Denzela Washingtona. Od niedawna, niezbyt rozgarnięta, mama bliźniaczek i - co tu dużo mówić - szczęściara. Bezkompromisowa i szczera do bólu. W życiu kieruje się zasadą: co Cię nie zabije, to Cię wzmocni (co przy posiadaniu bliźniąt wydaje się być wyjątkowo trafne).

Skomentuj

Ładowanie