Dostałem go w gratisie od matki natury i za to bardzo dziękuję – z Marcinem Żewłakowem o relacji z bratem bliźniakiem, dorastaniu, o tym, czym jest dom – z futbolem w tle

Dostałem go w gratisie od matki natury i za to bardzo dziękuję

 – z Marcinem Żewłakowem o relacji z bratem bliźniakiem, dorastaniu, o tym, czym jest dom – z futbolem w tle.

Nieprzypadkowo na łamach serwisu parentingowego gościmy byłego piłkarza i reprezentanta Polski. Wyjaśnijmy więc już na początku, że będziemy rozmawiać nie tylko o piłce, ale o pana relacji z bratem bliźniakiem – Michałem. Panowie macie jeszcze siostrę Katarzynę. Starszą? Młodszą? Mieliście dobry kontakt?

Kasia jest młodsza o siedem lat. Silniejsza więź łączyła mnie z bratem. Nasze światy pokrywaly się w 99%, Kasia była dużo młodsza, co w latach nastoletnich zawsze ma znaczenie. W momencie, kiedy zaczynaliśmy przygodę z piłką nożną (w wieku 10 lat), pomoc w opiece nad młodszą siostrą była traktowana raczej w kategoriach obowiązku. Tak jak kiedyś Kasia uczyła się pewnych rzeczy od nas, dziś my możemy się uczyć od niej.

Zacznijmy od dzieciństwa, dorastania. Powiedział pan w jednym z wywiadów, że w Waszym domu: Mama przekazywała uczucia, a ojciec uczył życia. Mama przytulała, tata traktował nas po żołniersku. Ten podział, w pana przekonaniu, się sprawdzał?

Ten podział nauczył mnie jednego i drugiego. Jeśli rodzice mają w sobie empatię i wrażliwość, kochają swoje dzieci, to to jest najistotniejsze. Dotyk, przytulanie – to dobra energia, która buduje więź. Później przejmujemy to, mając własne dzieci. U nas osobą bardziej uczuciową była mama. Ojciec z kolei uczył szacunku do ludzi oraz tego, że nie mogę własnej wygody zawsze stawiać na pierwszym miejscu.

Mam córki: pięcioletnie bliźniaczki. Rywalizują dosłownie o wszystko, czasem wydaje się to wręcz absurdalne. Mówił pan już kiedyś, że rodzice byli bardzo sprawiedliwi, a oprócz Was była przecież jeszcze siostra. Nigdy nie czuł się pan odtrącony albo pominięty? Nawet w dzieciństwie nie było typowej dla rodzeństwa rywalizacji?

Kasia była sporo młodsza, więc trudno mówić tutaj o rywalizacji. Z Michałem mieliśmy te same zainteresowania. Byliśmy i konkurencją, i towarzystwem. Dla mnie było to wygodne. Zawsze miałem partnera do zabawy, kogoś do zmierzenia się, do rozmowy. Nie musiałem zabiegać o dodatkowe towarzystwo, bo był brat. W naszym przypadku pojawiła się ta sama pasja, te same zainteresowania, ta sama szkoła i wspólni koledzy. Nasza rywalizacja była zdrowa, mobilizująca. Przekonywałem się wiele razy, że jeśli mój brat coś robi, to i ja jestem w stanie tego dokonać. Była to motywacja, która wyciągała z nas to, co najlepsze i pozwalała pokonać pewne limity, których istnienie często ludzie sami sobie wmawiają.

Stajemy niebawem przed wyborem szkoły. I my, i wielu naszych czytelników, zastanawia się, czy bliźnięta powinny chodzić do jednej klasy, czy może jednak każde powinno otaczać się własnymi znajomymi pracować wyłącznie na siebie. Jaką drogę wybrali dla Was rodzice? Z własnego doświadczenia, co doradziłby pan rodzicom bliźniąt, którzy przeczytają tę rozmowę?

My chodziliśmy do jednej szkoły. Innej perspektywy nie znam. Przyznam się dzisiaj, że gdybym sam wyjechał do Belgii i miałbym sam wytrzymać pierwsze dziesięć miesięcy, nie wiem, czy dałbym radę. To, że miałem brata obok, to był dla mnie wielki komfort. Dostałem go w gratisie od matki natury i za to bardzo dziękuję. To był dla mnie pozytywny przeciwnik, osoba, która mnie wysłucha, pomoże i zmotywuje, odczuwa bardzo podobnie. Funkcjonowanie w tym samym środowisku: jak klasa czy szatnia piłkarska nie powoduje, że myśleliśmy w taki sam sposób. Preferencje się rozkładały. Tworzyliśmy mały zespół w dużym zespole. Był taki moment, że Michał odszedł do Anderlechtu. Zaczęliśmy funkcjonować osobno. I jeden, i drugi miał gorsze samopoczucie, odczuwał przygnębienie niemal przez sześć miesięcy. Mieliśmy wtedy świadomość, że coś się skończyło. Gdy byliśmy razem, czuliśmy się kuloodporni, mocniejsi, pełni energii.

Podobny wygląd, podobna pasja…Wiele panów łączy. W czym zaś Wasze poglądy, podejście do życia najbardziej się różnią? Któregoś z Was można nazwać bardziej dominującym?

Nigdy nie było niczego, co nas mocno poróżniło. Jeśli w czymś byliśmy inni, zawsze druga strona to szanowała. Żaden z nas nie próbował dominować. Nauczyliśmy się tę swoją odmienność szanować. To, co nas różni to podejście do otaczających nas ludzi. Ja potrzebuję jednej dwóch bliskich osób obok siebie – odziedziczyłem to po mamie. To zupełnie wystarczy. Michał jest typem stadnym jak ojciec.

Zahaczę o jeszcze jeden kontrowersyjny temat: rodzicie ubierali Was tak samo? I czy były sytuacje, że zostaliście pomyleni? To irytowało czy może miało swoje plusy?

Michał zazwyczaj ubierał się na ciemno, ja byłem otwarty na kolory. We wczesnym dzieciństwie byliśmy jednak zawsze ubierani tak samo. W pewnym momencie byłem na to zły. Wówczas bowiem nie mówiono: Idzie Marcin albo Idzie Michał, ale idzie jeden z bliźniaków. Dla młodego chłopaka, który buduje hierarchię wartości, zaczyna zapisywać swoją kartę, ważne jest, by jego pierwsze, nawet te małe sukcesy, były zauważone i przypisane właśnie jemu. Przychodzi moment, gdy bliźnięta zaczynają się domagać indywidualnego podejścia. Rolą rodzica jest słuchać, dać dzieciom samodzielnie decydować.

Przeskakując niektóre etapy pana kariery: przychodzi rok 2000 i mecz w reprezentacji Polski z Francją. Gracie tam razem: Marcin i Michał. Pamięta pan ten moment? Przegadywaliście to? Dzieliliście się wrażeniami przed i po meczu?  Spełniliście marzenie, które jest poza zasięgiem wielu chłopaków. Spełniliście je obaj.

Każdy z nas przeżywał to indywidualnie. Michał był już po swoim debiucie. Zagrał w reprezentacji miesiąc wcześniej. Podchodziliśmy do tego jako do kolejnego etapu w życiu piłkarza. Dopiero po latach wracamy do tego dnia. Dzisiaj pamiętam, że wracaliśmy samochodem z Francji do Belgii, wtedy trochę rozmawialiśmy, ale były też momenty ciszy, mieliśmy poczucie dumy. Oboje wiedzieliśmy, co ten drugi czuje.

Piłka nożna to wzloty i upadki. Wybrał pan drogę życia, która niesie z sobą ogromne ryzyko. Brat także. Który z Was jest większym optymistą? Który widział szklankę do połowy pełną, gdy działo się nieco gorzej? A może to zmieniało się na przestrzeni lat?

Większym optymistą jest Michał. Ja jestem racjonalistą, może odrobinę sceptykiem. Przed wyjazdem za granicę, uprzedzałem brata, że nie jest tak kolorowo, jak myśli. Miałem wcześniej pewne doświadczenia. Michał przekonał się, że mam rację. Były momenty, gdy wracał do Polski na kilka dni, bo tego potrzebował, tęsknił. Dziesięć miesięcy w Beveren to był dla nas najtrudniejszy czas. Zahartował nas jednak, ukształtował. Dał nam poczucie siły na kolejne lata.

Młodzi, rzuceni za granicę, całkiem sami bez kontroli rodziców. Wiele pokus… Co pomogło, że obyło się bez momentów hańby i wstydu? A może jednak jakieś były…

Nie. Absolutnie. Wyjeżdżaliśmy jako 21-latkowie z obawą, stresem. Mieliśmy poczucie, że wyjeżdżamy do lepszego świata. Różnice między Polską a Belgią były ogromne. Boiska treningowe i cała infrastruktura, miasta – były zupełnie inne. Nie zaczęliśmy jednak zarabiać ogromnych pieniędzy, pracowaliśmy na swoje nazwisko. Na wyskoki nie było ani finansów, ani czasu. Przede wszystkim chcieliśmy wrócić do Polski z poczuciem zdanego egzaminu.

Wierzy pan, że bliźnięta łączy niezwykła więź inna niż zwyczajne rodzeństwo? Mówi się o współodczuwaniu, o porozumieniu dusz… Mężczyźni analizują to w ogóle w takich kategoriach?

Pewnie, że tak. Czasem budzę się w nocy, nie mogąc spać. Po przebudzeniu dzwonię do Michała, pytając, czy wszystko w porządku. Oglądamy ten sam film i to samo nas wzrusza. Podczas meczu, jeden był faulowany, drugi to współodczuwał. Towarzyszyło nam też takie uczucie, że muszę pomścić brata, gdy tylko przeciwnik podejdzie odpowiednio blisko.

Jest pan tatą. Podobnym do własnego ojca w kwestii wychowania?

Widzę kilka podobieństw. Jednak więcej wziąłem od mamy. Nie mogę narzekać na to, co od rodziców dostałem. To dało mi pewien warsztat, by stać się ojcem dla moich dzieci.

Mówił pan kiedyś, że żona pozwalała panu wyłączyć się z wychowania dzieci, gdy kolidowało to z futbolem. Czuł pan kiedyś, że stracił coś jako ojciec? Coś przegapił?

Wbrew pozorom niewiele straciłem. Treningi kończyłem w okolicach 13.00. Usypiałem dzieci, przebierałem, woziłem do szkoły, chodziłem na spacery i bawiłem się z nimi. Miałem jednak komfort w nocy. Kiedy trzeba było wstawać do Marka czy Natalii, mogłem spać, aby przygotować się do meczu. Moja żona nigdy w karierze mi nie przeszkadzała, nie obciążała nadmiernie. Piłkarzowi potrzebny jest spokój.

Może pan powiedzieć, że aktualnie osiągnął stabilizację życiową? Znalazł własne miejsce na ziemi?

Tak. Przyznam się, że zastanawiałem się nad definicją domu. Czy to miejsce, w którym się wychowaliśmy, czy aktualnie jesteśmy? Z doświadczeń i przemyśleń wynika, że to miejsce, w którym nie odczuwamy tęsknoty. Tym miastem, z którego nie chcę się ruszać jest Warszawa. Czuję jedność z tym miejscem. Jestem w tym momencie swojego życia, w którym chciałem być.

Dzisiaj, kiedy macie własne rodziny, jesteście mężczyznami po czterdziestce, jak wygląda pana relacja z bratem? Jest równie silna co kiedyś?

Kiedy każdy z nas założył rodzinę, miał już własne dzieci, skupiliśmy się na naszych własnych rodzinach bardziej niż na pielęgnowaniu relacji z bratem bliźniakiem. Ilość wspólnie spędzanego czasu nie ma tutaj jednak znaczenia. Z każdym problemem, jak dwadzieścia lat temu, mogę do brata zadzwonić i wiem, że zostanę wysłuchany. Działa to tak samo w drugą stronę. Nasza relacja nic a nic nie straciła na sile.

Z racji tego, że moje córki są jeszcze przedszkolakami i często bywam zwyczajnie w świecie przesycona bodźcami po dniu spędzonym z nimi, myślę o tym, gdzie będę za dwadzieścia, trzydzieści lat. Z racji tego, że piszę książki, widzę siebie w małym domku na plaży tworzącą nową historię. A pan? Gdzie pan widzi siebie za dwadzieścia lat?

Grając w piłkę, wybiegałem w przyszłość. Życie nauczyło mnie, że nasze plany są weryfikowane przez życie. Chciałbym jednak za dwadzieścia lat być w miejscu kojarzącym się ze spokojem i brakiem pośpiechu. Odrobina słońca i zieleni mile widziana.

I tego Panu życzę.

 

Marcin Żewłakow (ur. 22 kwietnia 1976 r. w Warszawie) – były piłkarz, reprezentant Polski. Wychowanek Drukarza Warszawa. Zawodnik między innymi klubów takich jak: Polonia Warszawa, KSK Beveren, Excelsior Mouscron, APOEL Nikozja, GKS Bełchatów czy Korona Kielce. Aktualnie ekspert i komentator telewizji TVP Sport. Od ponad roku pełnomocnik zarządu ds. sportowych Bruk-Bet Termalice Nieciecza. Prywatnie: mąż i ojciec dwójki dzieci.

 

 

____________________________________________________________________________________________multirodzice.pl facebook

    • Jeżeli spodobał Ci się ten artykuł – udostępnij go dalej!
    • Na fan page’u na facebooku dzieje się dużo więcej i z dużą dawką humoru. Wpadnij do nas!
    • Chcesz porozmawiać z innymi rodzicami? Zapraszamy do zamkniętej grupy na facebooku!
    • Jeśli chcesz podzielić się swoją historią, opinią, doświadczeniem na łamach portalu, napisz do nas: kontakt@multirodzice.pl
    • Będzie nam miło, jeśli dasz znać znajomym o multiRodzicach. Sharing is caring!

Z zamiłowania dziennikarka, z powołania nauczycielka języka polskiego. Autorka powieści młodzieżowej: „Księżyc nad Świtezią”. Prywatnie: wielbicielka kuchni tajskiej, dalekich podróży i Denzela Washingtona. Od niedawna, niezbyt rozgarnięta, mama bliźniaczek i - co tu dużo mówić - szczęściara. Bezkompromisowa i szczera do bólu. W życiu kieruje się zasadą: co Cię nie zabije, to Cię wzmocni (co przy posiadaniu bliźniąt wydaje się być wyjątkowo trafne).

Dyskusja4 komentarze

  1. Moje chłopaki też zaczynają grać w piłkę. Bardziej jednak niż sukcesu braci Żewłakow, chciałbym dla nich, aby mogli o sobie powiedzieć to co pan Marcin o bracie za kilkanaście lat.

Skomentuj