Jak ja sobie poradzę?

Jak ja sobie poradzę? To pytanie, które w mojej głowie pojawia się zbyt często. Nigdy nie należałam do osób pewnych siebie, nie wierzyłam w siebie i swoje możliwości. Od czasów szkolnych byłam zakompleksioną, wzorową uczennicą, a w domu przykładną córką. Miałam swoje zdanie, owszem, ale zawsze zachowywałam je dla siebie. Dorastałam, dojrzewałam, nabierałam doświadczenia, ale brak pewności siebie pozostał mym wiernym kompanem. Każde nowe doświadczenie, nowa sytuacja napawały mnie strachem, ba, czasem nawet okupione były przepłakanymi nocami. Odbiło się to także na moim zdrowiu. Coroczny cykl zajęć z fizjoterapeutą, który zaleca mniej stresujący tryb życia, jest idealnym potwierdzeniem mojego podejścia do codziennych spraw.

Liceum, sprawdziany, lekcje – codzienny stres i pytanie „Jak ja sobie poradzę, kiedy się tego nauczę?”. Potem to samo na studiach. Po rozpoczęciu pracy zawodowej wcale nie było lepiej. Mimo iż byłam niezłą studentką, w pracy z uczniami wcale nie czułam się pewnie. Nocami przygotowywałam się do każdej lekcji, żeby nic mnie nie zaskoczyło, by być przygotowaną na odpowiedź na najtrudniejsze lub najdziwniejsze pytanie. Z biegiem czasu, na szczęście, zdobyłam trochę pewności siebie, swojej wiedzy i umiejętności, ale zawsze z tyłu głowy brzmi jak mantra odwieczne „Jak ja sobie poradzę?”.

Potem pierwsze dwie kreski na teście ciążowym.

Szok, niedowierzanie, ekscytacja – wszystko w jednym. I zaraz za tym „Jak ja sobie poradzę? Przecież rodzice i rodzina daleko, ja zawsze sama w dużym domu poza miastem, mąż wiecznie w pracy lub w delegacji.” I, o dziwo, dałam radę! Ciąża, opieka nad wcześniakiem, nieustanne wizyty u specjalistów, rehabilitacja, samodzielna jazda samochodem po zatłoczonych ulicach Krakowa z czasem płaczącym maleństwem na tylnym siedzeniu. Dało się! Podołałam!

Poszukiwanie niani, powrót do pracy, prowadzenie domu, pranie, gotowanie, sprzątanie, przygotowywanie się do lekcji, sprawdzanie wypracowań, zeszytów, kartkówek itp. – „Jak ja sobie poradzę?”. Poradziłam.

Powtórka z rozrywki – ponowne dwie czerwone kreski na teście.

„Matko, jak ja sobie poradzę? Dwoje małych dzieci, niedawno wróciłam przecież do pracy?!”

Wspólnymi siłami, dzięki pomocy męża i niani udało mi się tym razem urodzić o czasie. A opieka nad noworodkiem ważącym więcej niż 1620 g nie napawała mnie już takim strachem. Kąpałam, karmiłam i przewijałam sama. Zero pomocy, bo starsza córka wyraźnie podzieliła rodziców – mama jest dla brata, a tato dla niej. Moje hasło padało coraz rzadziej, zaczęłam wierzyć we własne możliwości. Opieka nad dwojgiem małych dzieci przy równoczesnym prowadzeniu domu i dbaniu, byśmy nie umarli z głodu w ogólnie panującym bałaganie w sztywnych z brudu ubraniach – da się!

Kolejny lęk – jak poradzić sobie z chorym przedszkolakiem i jego młodszym bratem w domu? Dzieci chorowały od połowy września. Inhalacje, syropy, antybiotyki, mierzenie temperatury, wizyty u pediatry i tak w koło. Było ciężko, nie zaprzeczam i nie ukrywam. Nie mam zamiaru robić z siebie cyborga, który nie opadał wieczorami z sił. Ale najważniejsze – udało mi się!

I jeszcze jeden lęk – szpital, operacja.

„Jak ja sobie poradzę sama w szpitalu z dzieckiem po poważnej operacji?” Mąż miał być przy nas. Zostawił sobie nawet kilka dni urlopu na tę okoliczność. I co z tego, skoro się rozchorował i stanowił zagrożenie dla syna? Na szczęście, znaleźli się mili rodzice, który byli chętni zerknąć na małego, gdy ja musiałam pójść do łazienki. Resztę czasu spędzaliśmy we dwoje i wcale nie było tak źle, jak się obawiałam. Tak, znów mi się udało sprostać wymaganiom rzuconym przez los.

Podczas wieczoru sylwestrowego kolega zapytał, jaki był dla nas mijający rok. Odpowiedziałam, że raz lepszy, raz gorszy, ale, że jestem z siebie dumna jako matki, bo poradziłam sobie z wyzwaniami codzienności. I to były chyba najodważniejsze słowa w moim życiu. Ja, zakompleksiona, nieśmiała dziewczyna doceniłam siebie publicznie. I powiem to jeszcze raz – jestem z siebie dumna, bo dałam radę, a łatwo nie było. Tak, bywałam zmęczona, zła, zdesperowana, piłam ciągle tę samą zimną, poranną kawę, dawałam się ponieść emocjom, także tym negatywnym, krzyczałam i płakałam, ale też śmiałam się do łez, tańczyłam i wymyślałam najgłupsze zabawy świata. Jestem tylko człowiekiem, matką targaną emocjami i wcale się tego nie wstydzę. I wiem jedno, życie nie raz postawi mnie jeszcze w trudnej sytuacji, a ja nie będę miała wyboru – będę musiała sobie poradzić. Taka już rola matki. Ty też dasz radę!


  • Jeżeli spodobał Ci się ten artykuł – udostępnij go dalej!
  • Na fan page’u na facebooku dzieje się dużo więcej i z dużą dawką humoru. Wpadnij do nas!
  • Chcesz porozmawiać z innymi rodzicami? Zapraszamy do zamkniętej grupy na facebooku!
  • Jeśli chcesz podzielić się swoją historią, opinią, doświadczeniem na łamach portalu, napisz do nas: kontakt@multirodzice.pl
  • Będzie nam miło, jeśli dasz znać znajomym o multiRodzicach. Sharing is caring!
Podziel się:

Nauczycielka języka polskiego w jednej z krakowskich szkół podstawowych. Szczęśliwa żona i mama trzyletniej Anieli oraz rocznego Kajetana. Pasjonatka aranżacji wnętrz w stylu skandynawskim stale zmieniająca wystrój swego domu. Wielbicielka podróży, literatury, filmu oraz szybkich samochodów. Kocia mama wrażliwa na los bezdomnych zwierząt. A także miłośniczka zdrowego jedzenia stale ukrywająca się przed dziećmi z kostką czekolady w ustach.

Skomentuj