Jak macierzyństwo zmienia kobietę?

Jak macierzyństwo wpłynęło na mój charakter? Co zmienia? Co wyzwala? Czy na pewno tylko to, co dobre?

Wielokrotnie pisałam już o tym, jaki wpływ miało na mnie urodzenie dzieci – zawsze jednak mimochodem, w tle, jako dodatek. Analizując ostatnie, wyjątkowo trudne tygodnie, dochodzę do wniosku, że macierzyństwo wyzwoliło we mnie nie tylko pokłady cierpliwości, łagodności, nieznanego dotąd spokoju, ale także zintensyfikowało moje przywary: nerwowość, nadpobudliwość, wybuchowość – krótko mówiąc, wyostrzył się mój choleryczny temperament.

Nerwowość, agresja

Staram się (oj, bardzo się staram), aby nie wrzeszczeć na dzieci i nie rzucać przedmiotami, co niestety ten typ osobowości ma w naturze. Jednak zdarza mi się trzasnąć drzwiami i stać za nimi jakąś chwilę, by dojść do siebie po kolejnej nieudanej próbie nakarmienia mojej córki albo po kolejnym ataku złości drugiej. To tylko dzieci – zwykła powtarzać moja mama. Dla mnie to aż dzieci i czasem tego aż mam naprawdę po dziurki w nosie.

Nieufność, sceptycyzm

Kolejna sprawa: stałam się kompletnie nieufna i podejrzliwa wobec wszystkich posiadaczy dzieci. Jeśli bowiem słyszę w rozmowie z jedną czy drugą matką, że jej dziecko zjada wszystko, przesypia noc, nie brudzi ubranek – a potem patrzę na to, jak wygląda to w moim domu – zaczynam wątpić w prawdziwość słów innych. Nie wiem, dlaczego, nie wiem, w jakim celu – ale ludzie mają jednak tendencję do gloryfikowania swoich pociech? Na co komu to – nie wiem. Ja w każdym razie dzielę przez pół wszelkie historie z życia dzieci idealnych, a moja uniesiona podczas rozmowy brew powinna być dla Was sygnałem, że nie do końca wierzę.

Nadwrażliwość

Z innej beczki – to, jak nadwrażliwa się stałam wciąż mnie zdumiewa. Ja? Mistrzyni sarkazmu i ciętej riposty – beczę jak dziecko podczas oglądania (nie przesadzajmy – nie reklamy pieluszek) filmu Ojcowie i córki, gdzie jeden z rodziców ginie, dziecko przeżywa traumę, potem rozstanie z ojcem itd. Nie mogę spokojnie patrzeć na Chemię, bo oczyma wyobraźni widzę, że to ja umieram na raka i zostawiam swoje córki. Nie jestem w stanie przeczytać mojej ulubionej książki, którą znam niemal na pamięć, Czasami wołam w niebo, bo jest w niej eksplozja miłości i śmierć. Najgorsze jest jednak coś jeszcze innego. Ryczeć przed ekranem laptopa czy na tarasie pod kocem to jeszcze żaden wstyd. Co najwyżej ojciec moich dzieci kiwa z niedowierzaniem głową, bo zna mnie od kilkunastu lat jako twardą sztukę, a tu takie buty!

Najgorsze są Święta bożego Narodzenia i ten moment – składanie życzeń przy łamaniu opłatka. Nie potrafiłam wymówić słowa do mojego taty i mojej mamy – tak mam już od zawsze, bo nigdy nie umiem zawrzeć w słowach całej miłości, wdzięczności, jaką do nich czuję. Od wigilii „ciążowej” najzwyczajniej w świecie płaczę przy składaniu życzeń każdemu członkowi rodziny. Niewątpliwie jest to reakcja dziwna, nieznana dotąd i nieco uciążliwa. Nie potrafię jednak nad nią zapanować. Tego typu sytuacji jest znacznie więcej. Gdy mój prawie 90-letni dziadzio wspomina czasy swojej młodości, gdy telewizja remontuje dom ubogiej rodzinie, gdy moja uczennica lub uczeń mówią, że są nieszczęśliwi, że cierpią w domu, że nie są zrozumiani. Przychodzę do domu i wyję w poduszkę i choć zawsze byłam osobą empatyczną, dziś jest mi jeszcze trudniej pogodzić się z całym złem tego świata.

Łakomstwo

Oj, tak – jedzenie kocham od zawsze, ale pożywne, porządne. Nie przepadam, wróć – nie przepadałam nigdy za słodyczami. Jedno ciastko raz na jakiś czas, żadnych batonów, cukierków, żelek itp. Było to błogosławieństwem, bo nawet wyjątkowo duże porcje obiadu czy syta kolacja nie tworzyły takiej oponki na moim brzuchu ani nie wypełniały boczków tak skutecznie jak robi to cukier. Niestety, dziś nie mogę już odmówić, gdy ktoś częstuje mnie pysznym ciastem albo deserem lodowym z owocami. Moje wszelkie postanowienia wyrzucenia cukru z mojego codziennego menu, ograniczenia spożywania słodyczy do weekendowego minimum – są nieustannie łamane. Polubiłam słodycze i nie potrafię, póki co, niczego z tym zrobić. A że słowo ruch jest mi znane jedynie z napisów na blokach budynków w moim mieście, to boczki jakoś zaczynają dojrzewać, a i brzuch wymaga założenia monokini zamiast bikini.

Nad tą ostatnią zmianą zamierzam jednak pracować, pozostałe trudne będą do wyeliminowania. Czy dalsze macierzyństwo ujawni jeszcze bardziej mroczną stronę mojej osobowości? Czy światło dzienne ujrzą skrywane dotąd wady i skłonności? Może. Jedno jednak nie zmieniło się – od zawsze widzę szklankę do połowy pełną, nie pustą – i z nadzieją czekam na tą Agnieszkę, której nie znałam wcześniej, która jest nieco delikatniejsza, bardziej roztropna, dojrzalsza. Na tą lepszą wersję siebie czekam, choć nie z takim utęsknieniem, jak mogłoby się wydawać.


  • Jeżeli spodobał Ci się ten artykuł – udostępnij go dalej.
  • Na fan page’u na facebooku dzieje się dużo więcej i z dużą dawką humoru. Wpadnij do nas!
  • Zapraszamy również do zapisania się na nasz newsletter.
  • Chcesz porozmawiać z innymi rodzicami bliźniaków, wieloraczków, dzieci „rok po roku”? Zapraszamy do zamkniętej grupy na facebooku!
  • Jeśli chcesz podzielić się swoją historią, opinią, doświadczeniem na łamach portalu, napisz do nas: kontakt@multirodzice.pl
  • Będzie nam miło, jeśli dasz znać znajomym o multiRodzicach. Sharing is caring! :-)

Z zamiłowania dziennikarka, z powołania nauczycielka języka polskiego. Autorka powieści młodzieżowej: „Księżyc nad Świtezią”. Prywatnie: wielbicielka kuchni tajskiej, dalekich podróży i Denzela Washingtona. Od niedawna, niezbyt rozgarnięta, mama bliźniaczek i - co tu dużo mówić - szczęściara. Bezkompromisowa i szczera do bólu. W życiu kieruje się zasadą: co Cię nie zabije, to Cię wzmocni (co przy posiadaniu bliźniąt wydaje się być wyjątkowo trafne).

Skomentuj