Matkę zawsze coś omija…

Budzę się rano. Nie, to nie ja się budzę. Budzą mnie moje dzieci: naprzemiennie raz jedno, raz drugie. Boże, kiedy ostatni raz spałam do 8.00? Oczywiście znowu padnę przed 22.00, skoro wstaję skoro świt, a nawet w środku nocy. Znowu nie obejrzę filmu, o którym moi znajomi rozmawiają od kilku dni.

Szybkie śniadanie, ubieranie dzieci, przygotowanie posiłku – rzecz jasna im, nie sobie. Wychodzą. Mam kilkanaście minut, żeby z grubsza ogarnąć włosy i przeprasować bluzkę.

Zazdroszczę koleżankom z pracy, że znowu dopasowały idealnie swoją stylizację i wyglądają jak z żurnala. Ja jestem czysta – a to już sukces – i mam pomalowane rzęsy. Kiedy ostatnio stałam przed lustrem dłużej niż pięć minut?

Z pracy z wywieszonym jęzorem biegnę do samochodu, by zdążyć odebrać dzieci ze żłobka o zadeklarowanej godzinie. Po raz kolejny ominęły mnie plotki, ploteczki, rozmowy moich koleżanek – po raz kolejny będę ostatnią, która się dowie…

Spędzam popołudnie z córkami. Rysujemy, układamy klocki, puzzle, czytamy książki. Przygotowuję obiad, obieram owoce, wymyślam deser. Potem dołącza do nas głowa rodziny. Wtedy szybko przeglądam pocztę i fejsa.

Ile maili. Mogłam wygrać konkurs na najciekawszą odpowiedź, ale przecież ten konkurs jest już nieaktualny. O nie. Moja przyjaciółka z liceum znowu wybrała się w egzotyczną podróż. A ja? Kiedy ostatni raz polecieliśmy na porządne wakacje? Tyle mnie omija. Tyle mogłabym zrobić, gdyby nie… O… znajomi ze studiów umówili się na kawę. Nie pójdę, dziewczynki są przeziębione. Kiedy ona znajduje czas, żeby chodzić na ta siłownię? Gdzie są wtedy jej dzieci? Zerkam nerwowo na mój brzuch… nie jest dobrze.

W kinach nowy film – wszyscy już go widzieli, rozmawiali o tym przy stole. Miałam pójść w ubiegły weekend i ten jeszcze wcześniejszy. Nie zdążyłam, bo przecież tyle było do zrobienia. Ominęło mnie już kilka premier, a przecież tak kocham kino.

Dziewczyny spotykają się, bo nie rozmawiałyśmy od kilku miesięcy. Pójdę. Wreszcie pójdę. Julka zaczyna kaszleć. Lekarka przyjmuje po południu. Umawiam wizytę.

Piwo! Koniecznie musimy iść na piwo – oznajmiają pełnoletni absolwenci podczas odwiedzin w szkole. No pewnie. Wtedy nie mogę. Wtedy też nie. Umówiony fryzjer. A tu neurolog dziecięcy – kontrola. No nic. Wezmą panią od matematyki. Jest bardziej dyspozycyjna.

Wszystko mnie omija. Wszystko. Imprezy. Spotkania towarzyskie. Premiery teatralne, kinowe. Kolejne tytuły książek. Egzotyka. Drink z palmą. Tajska restauracja z najlepszym pad thai. Kiedy ostatni raz? Dawno…

***

Budzę się rano. Nie, to nie ja się budzę. Budzą mnie moje dzieci: naprzemiennie raz jedno, raz drugie. Boże, kiedy ostatni raz spałam do 8.00? Oczywiście znowu padnę przed 22.00, skoro wstaję skoro świt, a nawet w środku nocy. Ale dzisiaj postaram się obejrzeć chociaż połówkę tego świetnego dramatu z Rooney Mara. Patrzę raz na jedną, raz na drugą córkę i doceniam to, że jest tak wcześnie. Mamy mnóstwo czasu. Nie ominie mnie żaden gest, żadna mina i żadne słowo.

Szybkie śniadanie, ubieranie dzieci, przygotowanie posiłku – rzecz jasna im, nie sobie. Wychodzą. Mam kilkanaście minut, żeby z grubsza ogarnąć włosy i przeprasować bluzkę. Patrzę na ich uśmiechnięte buzie – jak dobrze, że nie pominę tego uśmiechu.

Bluzka jest czysta, nawet wyprasowana – a to już sukces – i mam pomalowane rzęsy. Miss szkoły ze mnie nie będzie, ale najgorzej też nie jest. Ileż można gapić się w lustro!

Z pracy z wywieszonym jęzorem biegnę do samochodu, by zdążyć odebrać dzieci ze żłobka o zadeklarowanej godzinie. Dzięki Bogu nie wysłucham kolejnej partii plotek i nowości, o których naprawdę lepiej nie wiedzieć, by być zdrowszym i móc spokojnie pracować. Dowiem się w swoim czasie, ale tylko tego, co zasługuje na moją uwagę. Jak dobrze, że nikt nie zaśmieca mi głowy.

Spędzam popołudnie z córkami. Rysujemy, układamy klocki, puzzle, czytamy książki. Obserwuję je: jak się uczą, jak poznają nowe słowa, jak wzajemnie się komunikują, jak się przytulają. Wszystko rejestruję. Przygotowuję obiad, obieram owoce, wymyślam deser. Potem dołącza do nas głowa rodziny. Wtedy szybko przeglądam pocztę i fejsa.

Moja przyjaciółka z liceum znowu wybrała się w egzotyczną podróż. Przypominam sobie nasze ostatnie wakacje. Pierwsza kąpiel w morzu, pierwsze porządne pływanie w basenie, uśmiechy, opalone noski i małe stópki zakopane w piachu. Nie zamieniłabym tego na Karaiby we dwoje. Znajomi ze studiów umówili się na kawę. Nie pójdę, dziewczynki są przeziębione. Mogłabym. Mają tatę. I dziadków. Ale czy naprawdę chcę? Nie. Dzisiaj wolę być z nimi. Ile historii, słów, gestów i min mogłoby mnie ominąć. A one przecież już nie wrócą.

W kinach nowy film – wszyscy już go widzieli, rozmawiali o tym przy stole. Miałam pójść w ubiegły weekend i ten jeszcze wcześniejszy. Nie zdążyłam, bo przecież tyle było do zrobienia. Ominęło mnie już kilka premier, a przecież tak kocham kino. Chociaż, gdyby się bliżej przyjrzeć… przecież nadrabiamy wszystkie zaległości filmowe, kiedy śpią. Czy naprawdę muszę obejrzeć film w kinie właśnie w dniu premiery?

Dziewczyny spotykają się, bo nie rozmawiałyśmy od kilku miesięcy. Pójdę. Wreszcie pójdę. Julka zaczyna kaszleć. Lekarka przyjmuje po południu. Umawiam wizytę. Przekładam spotkanie. Pójdę, jak wydobrzeje. Zrozumieją, to moje przyjaciółki.

Piwo! Koniecznie musimy iść na piwo – oznajmiają pełnoletni absolwenci podczas odwiedzin w szkole. No pewnie. Wtedy nie mogę. Wtedy też nie. Ale znajdujemy wspólny termin. Udaje się – wypić kawę, bo czuję się bardziej komfortowo. Ale zmywam się przed 20.00 – nie pozwolę, żeby ominęło mnie usypianie – moja obecność zapewnia moim córkom poczucie bezpieczeństwa.

Czasem coś mnie omija. Opuszczę jedno ze spotkań, odwołam wizytę w kinie. Spóźnię się na kawę z przyjaciółkami. Nie omijają mnie jednak chwile z moimi dziećmi. Nie przegapiłam pierwszego zęba ani pierwszego słowa. Nie byłam poza domem, gdy zaczęły stawiać pierwsze kroki. Nie siedziałam w kinie, kiedy dostawały wysokiej gorączki. Nie zaśmiewałam się z żartów znajomych, gdy przebudził je senny koszmar. Wiem. Nie będę przy nich stale, co nie zmienia faktu, że mogę być więcej, częściej, mocniej.

Gdy były mniejsze, potrzebowałam więcej czasu dla siebie. Nużyła mnie codzienność i wyjście z domu było jak zaczerpnięcie świeżego powietrza. Im są starsze, tym mniej mam ochotę zostawiać je w domu. Żartujemy, tańczymy, śmiejemy się i wygłupiamy. Przytulamy, całujemy, tarmosimy, wylegujemy. Bycie razem bywa coraz pełniejsze i coraz bardziej przyjemne. Czy coś mnie omija? Nie sądzę…


  • Jeżeli spodobał Ci się ten artykuł – udostępnij go dalej!
  • Na fan page’u na facebooku dzieje się dużo więcej i z dużą dawką humoru. Wpadnij do nas!
  • Chcesz porozmawiać z innymi rodzicami? Zapraszamy do zamkniętej grupy na facebooku!
  • Jeśli chcesz podzielić się swoją historią, opinią, doświadczeniem na łamach portalu, napisz do nas: kontakt@multirodzice.pl
  • Będzie nam miło, jeśli dasz znać znajomym o multiRodzicach. Sharing is caring!

Z zamiłowania dziennikarka, z powołania nauczycielka języka polskiego. Autorka powieści młodzieżowej: „Księżyc nad Świtezią”. Prywatnie: wielbicielka kuchni tajskiej, dalekich podróży i Denzela Washingtona. Od niedawna, niezbyt rozgarnięta, mama bliźniaczek i - co tu dużo mówić - szczęściara. Bezkompromisowa i szczera do bólu. W życiu kieruje się zasadą: co Cię nie zabije, to Cię wzmocni (co przy posiadaniu bliźniąt wydaje się być wyjątkowo trafne).

Skomentuj