Najdziwniejsze i najbardziej żenujące zachowania rodziców

To, co tutaj piszę wcale nie napawa mnie dumą. Ba! Wstydzę się, że musiałam i muszę uciekać się w moim rodzicielstwie do sposobów, które – z całą pewnością – nie mogą zostać nazwane książkowymi, wzorcowymi czy godnymi naśladowania.

W życiu każdego (mam taką nadzieję) rodzica, przychodzą jednak chwile, kiedy kończy się anielska cierpliwość, racjonalne argumenty nic nie znaczą, a osiągnięcie celu przychodzi tylko przy użyciu środków niekonwencjonalnych i dość dziwacznych.

Pozwoliłam sobie na wykonanie top listy – 5 najbardziej odjechanych pomysłów, które pozwoliły mi na pokonanie kryzysu czy wykonanie zadania w sytuacji ekstremalnie trudnej. Liczę bardzo mocno na to, że pod tym postem przekonacie mnie, że nie jestem jedyną matką, która ma swoje na sumieniu i podzielicie się najbardziej oryginalnymi pomysłami – może wspólnie stworzymy listę przydatną dla świeżo- i nie tylko – upieczonych rodziców.

  1. Kolki i suszarka

Wspominałam o tym już jakiś czas temu. Nasze córki – obie!!! – przechodziły okres kolek. Trwał on równe trzy miesiące. Trzy trudne i wyczerpujące miesiące bez żadnej przespanej nocy. Internet podpowiedział rozwiązanie – szum suszarki uspokaja dziecko i pozwala zapomnieć o bólu. Testowaliśmy od razu. Okazywało się, że rzeczywiście, dziewczynki nie śpią, ale ataki kolki trwają jakby krócej i pozwalają nam na jako takie funkcjonowanie. Minusem była sauna w domu. Włączona do kontaktu suszarka sprawiała, że w pomieszczeniu temperatura osiągała 24, 25 stopni. Dopiero po mniej więcej tygodniu odkryliśmy, że istnieją strony z nagranym dźwiękiem suszarki, następnie znaleźliśmy nawet aplikację do telefonu z szumami. Szumisiów jeszcze wtedy nie wynaleziono.

  1. Koszyk wielkanocny na lepszy apetyt

Moje dzieci nie należą do tych, które żyją, aby jeść. Raczej zasilają grupę tych, którzy jedzą tyle, by przeżyć. Kryzysów żywieniowych przeszliśmy kilka. Jeden z poważniejszych, kiedy dosłownie nic im nie smakowało zbiegł się z okresem Wielkanocy. Zakupiłam wówczas koszyczki do święconki, które zawierały full zestaw przyczepionych do dna elementów. Dziewczynkom tak bardzo spodobały się nowe gadżety, że kazały przynosić je do każdego posiłku. Nie wiem, naprawdę nie wiem, co tak atrakcyjnego jest w zajączku czy kurce, ale zupa i drugie danie wchodziły do buziek jak za dotknięciem zaczarowanej różdżki. Tym sposobem zażegnaliśmy kryzys żywieniowy, a Wielkanoc trwała w naszym domu do połowy maja.

  1. Żelek za siku

Następny etap – odpieluchowanie. Ileż sposobów, ileż mądrych książek, ileż cennych rad mam. Nic. Sikanie i kupa do majtek. Kiedy po kolejnych tygodniach nie widziałam żadnego zainteresowania nocnikiem ani toaletą, postanowiłam wdrożyć stary i niemodny (oraz często krytykowany) system kija i marchewki. U nas była tylko marchewka. Ba, marchewka słodka i lubiana przez dzieci. Każde siku do nocnika oznaczało żelka w buzi dziecka. Każda kupa również. Zadziwiające, jak szybko znienawidzony nocnik stał się przedmiotem kultowym i pożądanym w naszym domu. Dziewczyny ciągle chciały się z niego korzystać. Jak jest dzisiaj? Zapomniały, że trzeba upomnieć się o żelka, a sikanie stało się czymś zupełnie normalnym. Jeśli chcecie naśladować – wybierajcie tylko żelki bez cukru i konserwantów – strasznie drogie, ale nie dokonają spustoszenia w małym organizmie. U nas schodziła jedna paczka dziennie. Nie żałuję, choć wolałabym się pochwalić inną metodą.

  1. Drzemka w samochodzie

Nadal praktykowana. Nawet wczoraj. Są dni, kiedy nasze dzieci zasypiają w ciągu dnia same, bez kłopotu, bez namawiania. Po prostu kładą się i śpią. Są też dni, kiedy ziewają, kładą się na podłodze, ale uparcie twierdzą, że spać nie pójdą. Powiecie – nic na siłę. Zgadzam się. Tyle, że z doświadczenia wiem, że kończy się to zasypianiem ok. godziny 18.00 i pobudką o 4 nad ranem. W związku z tym są dni, kiedy tatuś zabiera swoje córki na tzw. przejażdżkę. Polega to na tym, że wchodzą do samochodu i przejeżdżają jakiś kilometr, po czym śpią w samochodzie następną godzinę lub półtorej, choć jeszcze dwie minuty wcześniej twierdziły, że nie są śpiące. Na początku przejażdżki bywały dłuższe, więc metoda ta wymaga sporych nakładów finansowych Jednak w sytuacjach kryzysowych – kto by oszczędzał?

  1. Podawanie leków/antybiotyku

Ostatni z naszych hitów. Na szczęście, do tej pory dziewczynki chorują poważniej dość rzadko. Podawaliśmy antybiotyki dwa razy. I dwa razy by to koszmar. Do tego stopnia, że raz skończyło się zamianą na zastrzyki (swoją drogą też dość makabryczne wspomnienia). Tak czy owak – z podawaniem leków nie ma u nas problemu, ale smak zawiesiny antybiotykowej wyczuwalny jest przez radar moich dzieci i za nic w świecie nie chce wejść do ich buzi. Sposobów było wiele. Naprawdę. Nic nie pomagało. Ostatecznie poradziliśmy sobie, ale gdyby ktoś zobaczył to z boku, załamałby ręce. Ja ze strzykawką wypełnioną płynem, mój mąż trzymający w jednej ręce kostkę gorzkiej czekolady, a w drugiej wodę. A między nami dziecko, które najpierw lizało czekoladę, potem dostawało malutką dawkę leku i popijało go kilkoma kroplami wody. Proceder był powtarzany kilkakrotnie, aż zawiesina zniknęła z miarki. Udało się, ale czy wyszliśmy z tego z twarzą?

Podobnych momentów w życiu naszym i naszych znajomych jest więcej. Po co jednak się pogrążać i odzierać z resztek godności? Macie swoje niezawodne sposoby na różne sytuacje dnia codziennego? Chętnie poczytam, a może wcielę w życie…

Podziel się:

Z zamiłowania dziennikarka, z powołania nauczycielka języka polskiego. Autorka powieści młodzieżowej: „Księżyc nad Świtezią”. Prywatnie: wielbicielka kuchni tajskiej, dalekich podróży i Denzela Washingtona. Od niedawna, niezbyt rozgarnięta, mama bliźniaczek i - co tu dużo mówić - szczęściara. Bezkompromisowa i szczera do bólu. W życiu kieruje się zasadą: co Cię nie zabije, to Cię wzmocni (co przy posiadaniu bliźniąt wydaje się być wyjątkowo trafne).

Skomentuj