W wychowaniu jakość i ilość zawsze w parze!

Kiedy kupuję w sieci trzy torebki za wszystkie płacąc cenę stu złotych, liczę się z konsekwencjami. Nie dziwi mnie, że po miesiącu intensywnego eksploatowania materiał zaczyna gdzieniegdzie odchodzić, że uszy wyglądają na dość sfatygowane, a i kolor nie jest już tak żywy jak na zdjęciach. Podobnie, wybierając jedną drogą torebkę w centrum handlowym, przyjmuję na klatę, że i dziś, i jutro i następnego dnia wystąpię z czarnym kuferkiem w ręku.

O ile torebka nie zrobi krzywdy mnie, a ja torebce, więc wyborom tym nie poświęcam zbyt dużej ilości czasu, o tyle w procesie wychowawczym decyzja: jakość czy ilość wymaga dogłębnej analizy.

Z jednej strony słyszę głosy matek, które zaharowują się, by dziecku zapewnić odpowiednie warunki rozwoju i spędzają z nim niewiele czasu, uważając jednak, że najważniejsza jest jakość wspólnych chwil.

 Są więc: zabawa z pociechą, wyjście na spacer, czytanie książek czy odwiedzenie ciekawych miejsc –dawkowane, na ogół, w wymiarze godziny, dwóch dziennie i kilku do kilkunastu w weekendy.

Na przeciwległym biegunie są mamy, które z kolei uważają, że nie ma nic cenniejszego jak czas ofiarowany swoim pociechom.

Wybierają urlop wychowawczy, odraczają decyzję o powrocie do pracy, chcąc każdą możliwą chwilę poświęcić na kształtowanie młodego charakteru. Wspominają jednak zazwyczaj pod koniec rozmowy, ściszonym głosem, że po kilku godzinach wspólnie spędzonego czasu mają ochotę na moment dla siebie, a gościem w domu bywa od czasu do czasu frustracja.

Od pięciu lat nieustannie przekonuję się, że nie ma zadania trudniejszego niż wychowanie.

Nie pomogą żadne podręczniki, fora, grupy wsparcia. Każdy obiekt jest indywidualną jednostką niedającą się wpisać w żadne schematy, sztywne ramy, podpiąć pod naukowe tabelki. Zapytana, o to: co wybieram – ilość czy jakość – odpowiadam, że w wypadku wychowania muszą iść w parze. Inaczej porażka murowana.

Nie ma rozwiązań idealnych, dlatego nie zgadzam się na kategoryzowanie i łatki.

Dzisiaj usłyszałam historię o czterech skłóconych braciach, którzy mieli opisać drzewo, jakie zobaczyli na swojej drodze. Każdy z nich wyruszył o innej porze roku: jeden wiosną, drugi latem, trzeci jesienią i wreszcie czwarty zimą. Każdy z nich inaczej opowiadał o tym, co zobaczył, choć wciąż chodziło przecież o ten sam okaz. Nie inaczej jest z człowiekiem.

Nie będę wydawała wyroku skazującego na matkę, która wybrała pracę w wymiarze ośmiu czy dziesięciu godzin dziennie, dopóki nie zjem z nią beczki soli. Nie znam jej motywacji, nie znam problemów, nie znam historii rodziny. Jeśli spędza z dzieckiem tylko godzinę czy dwie przed jego zaśnięciem, ale stara się być wtedy cała dla niego – najwyraźniej ma ku temu wystarczający powód i przyjmuje konsekwencje na klatę.

Nie zamierzam gloryfikować matki, która wybrała urlop wychowawczy.

Cały dzień z dzieckiem. Długie dwanaście godzin. Naprawdę wiem, co to znaczy. Lekko nie jest. Czy po dwóch godzinach zabawy w chowanego, albo berka nie będzie chciała przejrzeć fejsa albo porozmawiać z kimś na komunikatorze?

Czy nie zmęczy jej odpowiadanie na setki pytań ciekawskiego trzylatka? Czy dziecko nie będzie świadkiem jej znużenia i odrętwienia, a może wycofania i ucieczki?

Ilość może nie mieć nic wspólnego z jakością. Z kolei jakość przez godzinę nie zastąpi wspólnego popołudnia. Receptą, jak zawsze, pozostaje złoty środek i próba połączenia wszystkich obszarów życia w jedną spójną i logiczną całość. Trudna nasza rola. Jak realizować pasję, zarabiać pieniądze, wychowywać, dawać dobry przykład i dbać o siebie oraz członków rodziny jednocześnie?

Nie będzie to dane wszystkim. Ba, może tylko nielicznym z nas. Nie każdy ma wokół siebie kochającego partnera, bliską rodzinę i wspierających przyjaciół, którzy zebrani razem do kupy pozwolą nam na zachowanie równowagi. Dodatkowo w naszą codzienność wkrada się zmęczenie, w ciągu każdego dnia gromadzą się emocje, a stres i bieganina nie upraszczają sprawy.

Jeśli jednak dobrze się rozejrzymy i spróbujemy skorzystać od czasu do czasu z życzliwości otaczających nas osób, być może okaże się, że jesteśmy w stanie podarować naszym dzieciom czas spędzany tak, by przekazać im potrzebne wartości, wzorce, ciepło i wsparcie.

Zadano mi ostatnio pytanie: kiedy mam czas pisać książki?

Pracuję przecież zawodowo, współtworzę portal dla rodziców i jestem mamą dwójki czterolatków.  Poczułam, że to zarzut w moim kierunku. Jak bowiem, ja matka, mogę okradać moje dzieci z czasu, który winnam im poświęcić?

Mam wrażenie, że im mniej zadań do wykonania miewałam w swoim życiu, tym bardziej byłam rozleniwiona i skłonna do narzekania, szukania wymówek, by nic więcej nie robić. Chcieć to bardzo często (bo nie twierdzę, że zawsze) móc.

Kiedy wracam z pracy, jestem dla moich córek. I tego nie zamierzam zmieniać.

Spędzamy razem kilka godzin dziennie. Tyle, że spędzamy je RAZEM NAPRAWDĘ. Wszelkie czynności dodatkowe wykonuję po ich zaśnięciu (nie mówiąc o wspólnym gotowaniu, prasowaniu okraszonym rozmową czy szybkich zakupach).

Pokonuję swoje bariery, walczę ze zmęczeniem, choć nie powiem, że robię coś ponad siły. Nie. Nie jestem cyborgiem ani Matką Polką.  Dopóki czuję jednak, że tylko w ten sposób w moim życiu jestem nie tylko mamą, ale także sobą, nie zamierzam niczego zmieniać. Nie okradam córek z NASZEGO czasu, ale dokładam wszelkich starań, by miały go odpowiednią ilość w jakości, której owoce zbierzemy z multitatą za lat kilkanaście.

____________________________________________________________________________________________multirodzice.pl facebook

    • Jeżeli spodobał Ci się ten artykuł – udostępnij go dalej!
    • Na fan page’u na facebooku dzieje się dużo więcej i z dużą dawką humoru. Wpadnij do nas!
    • Chcesz porozmawiać z innymi rodzicami? Zapraszamy do zamkniętej grupy na facebooku!
    • Jeśli chcesz podzielić się swoją historią, opinią, doświadczeniem na łamach portalu, napisz do nas: kontakt@multirodzice.pl
    • Będzie nam miło, jeśli dasz znać znajomym o multiRodzicach. Sharing is caring!

Z zamiłowania dziennikarka, z powołania nauczycielka języka polskiego. Autorka powieści młodzieżowej: „Księżyc nad Świtezią”. Prywatnie: wielbicielka kuchni tajskiej, dalekich podróży i Denzela Washingtona. Od niedawna, niezbyt rozgarnięta, mama bliźniaczek i - co tu dużo mówić - szczęściara. Bezkompromisowa i szczera do bólu. W życiu kieruje się zasadą: co Cię nie zabije, to Cię wzmocni (co przy posiadaniu bliźniąt wydaje się być wyjątkowo trafne).

Skomentuj