Całodobowe przedszkole – pomoc w nagłej potrzebie czy gruba przesada?

Jestem z tych matek, które nie lubią zostawiać swoich dzieci na dłużej. Nie imprezuję, nie wyjeżdżam na weekendy we dwoje, nie robię sobie wolnego od dzieci na kilkanaście godzin. Możecie zrzucić na mnie sporo błota – że nienowoczesna, że sama sobie gotuję ten los. A i owszem. I nie jest mi z tym źle.

Nie żebym nie myślała – zanim się urodziły – że będzie jak dawniej. Że przecież dzieci można zawsze podrzucić do dziadków i poszaleć. Ot tak.

Dzisiaj mam dwie mądre i zabawne prawie czterolatki  w domu i to nie kwestia niemożności, ale raczej niechęci – z kilku powodów – do zostawiania ich na długo bez opieki rodziców wygrywa z pokusą zabawy.

Kino – tak, kolacja we dwoje – owszem, wypad na dłuższe zakupy z mężem – też. Ale nie nadużywanie sympatii dziadków z byle powodu i przez okrągły rok.

Jeśli chodzi o przedszkole – chodzą, raz chętniej, raz mniej. Jednak wyrzuty sumienia mam zawsze, gdy zostawić je tam muszę dłużej niż zwykle. Na ogół opuszczamy mury około 15.00. Wiem – mogę sobie na to pozwolić. I właśnie dlatego tak robię. Gdyby moja praca miała inny charakter – nie miałabym wyjścia. Cieszę się, że sytuacja pozwala mi na to, aby moje godziny pracy współgrały z godzinami pracy mojego przedszkola. Co jeśli jednak tak się nie dzieje?

Moje miasto jest – teoretycznie spore, a praktycznie jednak daleko mu do większego. I tak na przykład przedszkoli prywatnych jest kilka, jednak ich zamknięcie następuje na ogół około 18.00. Dla mnie – nie ma problemu. Jednak dla moich znajomych mam – już tak.

Nie każda mama pracuje w godzinach 8.00-16.00. Nie każda mama dysponuje wolną i chętną do pomocy babcią, ciocią, siostrą, przyjaciółką. Nie każda mama ma czas zrobić zakupy, umówić wizytę u lekarza, zamknąć sprawy tuż po swojej pracy. Co zatem ma zrobić? Chyba z niej zrezygnować.

Moja przyjaciółka próbuje wrócić na rynek pracy po kilku latach od porodu, ale wciąż bezskutecznie. Praca, którą wykonywała przed macierzyńskim kończy się ok. 18.00, czasem później – jak zatem zdana na siebie, na przedszkole już nie. Nie chce obarczać też ciężarem codziennej opieki nad dzieckiem własnej mamy, stąd na razie jej urlop wychowawczy się przedłuża.

Mamy też dwie pary znajomych. Cała czwórka pracuje do późnych godzin. Jedni mieszkają w dużym mieście, drudzy w mniejszym. Ci pierwsi odetchnąć mogą z ulgą, bo tam funkcjonują przedszkola całodobowe, ci drudzy – mają już problem i korzystają z usług babci, która na szczęście uwielbia spędzać z dziećmi.

Czy zatem przedszkole całodobowe jest złem? Czy można o nim mówić tylko poprzez pryzmat wyrodnych rodziców, którzy chcą imprezować, pić i żyć, jakby nadal nie mieli dzieci, zostawiając je w tzw. przechowalni? Chyba nie.

Trzeba wziąć też pod uwagę tych „normalnych” pracujących rodziców, którym czasem wypadnie coś po ich pracy. Tych, którzy pracują w systemie zmianowym, tych, którzy samotnie wychowują dzieci i potrzebują zwyczajnie czasem zostawić z kimś zaufanym dziecko.

Przedszkola całodobowe przeżywają nieustanne ataki mediów, nagonkę. Nie wspominając już o epitetach, kierowanych pod adresem ich klientów.

Jestem przeciwna zrzucaniu ciężaru wychowania na kogoś innego. Jestem przeciwna wyręczaniu się innymi. Jestem także przeciwna teorii, że rodzic też musi pożyć – zaszaleć i zabawić się. Jak również zostawianiu dziecka w przedszkolu do północy kilka razy w tygodniu, bo taka fanaberia dorosłego.

Ale wiem też, że przedszkole całodobowe tak nie działają. Wiem, że regulują to ich statuty, które na ogół pozwalają na nocną opiekę nad dzieckiem zaledwie raz, a czasem dwa razy w miesiącu. Czytałam wypowiedzi pracowników tych placówek, z których wynika, że na ogół rodzice korzystają z tego przywileju w sytuacjach awaryjnych.

Jestem z tych matek, które nie lubią zostawiać swoich dzieci na dłużej. Cieszę się, że nie muszę. Nie powiem jednak złego słowa o tych matkach, które nie mają innego wyjścia jak dłuższe rozstanie z dzieckiem, a przecież one też mogą tego nie lubić.

Zanim wylejemy kolejne wiadro szamba na wszystkich tych, którzy mieszają z błotem korzystających i pracujących w przedszkolach całodobowych, pomyślmy o rodzicach, którzy nie mają na kogo liczyć, a ich macierzyństwo czy tacierzyństwo jest często bardzo samodzielne, wyboiste i samotne.

______________________________________________________________________________

  • Jeżeli spodobał Ci się ten artykuł – udostępnij go dalej!
  • Na fan page’u na facebooku dzieje się dużo więcej i z dużą dawką humoru. Wpadnij do nas!
  • Chcesz porozmawiać z innymi rodzicami? Zapraszamy do zamkniętej grupy na facebooku!
  • Jeśli chcesz podzielić się swoją historią, opinią, doświadczeniem na łamach portalu, napisz do nas: kontakt@multirodzice.pl
  • Będzie nam miło, jeśli dasz znać znajomym o multiRodzicach. Sharing is caring! 
Udostępnij i polub:
error20

Z zamiłowania dziennikarka, z powołania nauczycielka języka polskiego. Autorka powieści młodzieżowej: „Księżyc nad Świtezią”. Prywatnie: wielbicielka kuchni tajskiej, dalekich podróży i Denzela Washingtona. Od niedawna, niezbyt rozgarnięta, mama bliźniaczek i - co tu dużo mówić - szczęściara. Bezkompromisowa i szczera do bólu. W życiu kieruje się zasadą: co Cię nie zabije, to Cię wzmocni (co przy posiadaniu bliźniąt wydaje się być wyjątkowo trafne).

Dyskusja1 komentarz

  1. Bardzo dobrze napisane. Poza tym trzeba też wziąć pod uwagę, ze są sytuacje tak jak u mnie, że dziadkowie mieszkają około 200km drogi od nas, są to dziadkowe i babcie pracujący. Ja z żoną pracujemy na zmiany, na rano, po południe a czasem i trafiają nam się nocki. Także dobrze ujęte.

Skomentuj