Halloween – tak, nie, czy nie masz zdania?

Już za moment dzień Wszystkich Świętych. Na sklepowych półkach jednak w towarzystwie zniczy i wiązanek znajdziemy dynie, kostiumy, farby do malowania twarzy i upiorne kostiumy.

Mój stosunek do świąt przejmowanych z innych kultur i innych tradycji jest ambiwalentny, choć skłaniam się raczej w stronę niechęci. Przed nami jedno z nich: haloween, które – mam wrażenie – niebawem na stałe wpisze się w polski kalendarz niczym walentynki.

Z haloween kojarzę niezmiennie jeden z krążących od lat memów ze zdjęciem Adama Mickiewicza i podpisem: „Haloween? Nie, dziady idioto”. I tak mniej więcej wyrazić mogę moje poglądy na temat 31 października.

W poprzedniej szkole, w której pracowałam, księża zabronili szkolnej radzie uczniowskiej obchodów haloween, tłumacząc, że święto wiąże się nieuchronnie z magią, w dodatku z czarną magią i osoby wierzące nie powinny się poddawać fali niosącej ze sobą dynie, kostiumy i potworne malunki na twarzach.

Przesada? Pewnie tak, choć z drugiej strony uznaję częściowo ich argumenty. Haloween to nic innego jak zwyczaj odstraszania złych duchów, który zaczął zanikać pod wpływem chrześcijaństwa. Jednakże powrócił w latach 20. XX wieku w formie kolorowego pochodu strachów w Stanach Zjednoczonych.

Czymże innym, jak nie zabobonnym obyczajem były także prasłowiańskie dziady z guślarzem na czele, jadłem i napojem dla dusz zmarłych, odwiedzających żyjących w wigilię Wszystkich Świętych? A przecież kler przez długi czas przyjmował do wiadomości, że ów obrzęd funkcjonuje.

Wróćmy do czasów współczesnych. Kiedy w żłobku moich córek ogłoszono, że odbywać się będzie święto dyni, nie miałam nic przeciwko. Nie zapisałam się do klubu organizacyjnego, nie ruszyłam na zakupy do galerii, nie robiłam z tego wielkiej rzeczy. Dzieci nie miały przebierać się w upiorne kostiumy, a jedynie założyć coś koloru pomarańczowego i dobrze bawić się przy muzyce. I na to mogłam się zgodzić.

Kiedy jednak pukają do moich drzwi pojedyncze sztuki maluchów albo starszaków z twarzami wymalowanymi farbami, a ich wyraz twarzy jest w stanie przerazić moje trzyletnie córki, grożąc mi, że jajka wylądują na moich szybach, jeśli nie ofiaruję im słodyczy (których nota bene poza gorzką czekoladą 70% nie posiadam), to już przestaje mi się haloween podobać. Nie podoba mi się też to, że rezygnujemy z naszych własnych słowiańskich tradycji – spytaj kogoś, kto nie omawiał „Dziadów” Mickiewicza na polskim, co oznacza to słowo albo spytaj o nasze rodzime haloween – nikt nie będzie miał pojęcia, o czym mówimy.

Z jednej strony: jest dobra zabawa, bo nawet dorośli uwielbiają przebieranki i organizowane z tej okazji bale i okolicznościowe imprezy. Z drugiej – łykamy jak pelikan wszystko, co przywieje z Ameryki, zachłystując się tego blaskiem i świetnością. Jestem tradycjonalistką. Otwartą na dialog, ale skłaniającą się ku znanym wartościom.

Jeśli moje córki za rok czy dwa zechcą wymalować twarze i ruszyć na zbiór cukierków, wyjaśnię im, skąd tak naprawdę pochodzi tradycja wigilii wszystkich świętych, a z workiem na słodycze wyślę ich tatę, bo jednak jakoś mi to wszystko nie pasuje, bo nie jest nasze. Być może zdanie zmienię pod wpływem radosnych małych ludzi, których mam w domu.

Póki co haloween akceptuję jedynie w kolejnych filmowych odsłonach z Jamie Lee Curtis, a dynię preferuję jednak obraną i zblendowaną w formie kremu.


  • Jeżeli spodobał Ci się ten artykuł – udostępnij go dalej.
  • Na fan page’u na facebooku dzieje się dużo więcej i z dużą dawką humoru. Wpadnij do nas!
  • Chcesz porozmawiać z innymi rodzicami bliźniaków, wieloraczków, dzieci „rok po roku”? Zapraszamy do zamkniętej grupy na facebooku!
  • Jeśli chcesz podzielić się swoją historią, opinią, doświadczeniem na łamach portalu, napisz do nas: kontakt@multirodzice.pl
  • Będzie nam miło, jeśli dasz znać znajomym o multiRodzicach. Sharing is caring! :-)

Z zamiłowania dziennikarka, z powołania nauczycielka języka polskiego. Autorka powieści młodzieżowej: „Księżyc nad Świtezią”. Prywatnie: wielbicielka kuchni tajskiej, dalekich podróży i Denzela Washingtona. Od niedawna, niezbyt rozgarnięta, mama bliźniaczek i - co tu dużo mówić - szczęściara. Bezkompromisowa i szczera do bólu. W życiu kieruje się zasadą: co Cię nie zabije, to Cię wzmocni (co przy posiadaniu bliźniąt wydaje się być wyjątkowo trafne).

Skomentuj

Ładowanie