Jak nauczyć dziecko radzenia sobie z porażką?

Pracując w szkole, każdego dnia spotykam się cudzymi dziećmi, których zachowanie często zaskakuje mnie bardzo pozytywnie. Myślę wówczas: jak ona/ on/ oni to zrobili, że ich pociecha jest mądrym, myślącym, wrażliwym i do tego pełnym empatii dzieckiem?

Niestety, zdarzają się też odwrotne sytuacje, w których z kolei spotykam się z zachowaniami uczniów będącymi następstwem bardziej lub mniej świadomych działań rodziców. Co zaskakuje mnie niezmiennie i wciąż? Nieumiejętność przegrywania, kompletna niezdolność do przeżywania porażki nawet u nastolatków!

O ile zgodzę się, że kilkulatek musi się z tym problemem dopiero zmierzyć, o tyle jestem zdania, że nastolatek powinien być już na sytuacje, w których nie odniesie pełnego sukcesu, albo jego wyniki będą odbiegały od własnych oczekiwań – dobrze przez rodziców przygotowany.

Od kiedy więc i w jaki sposób nauczyć dziecko radzenia sobie z porażką?

Sądzę, że im wcześniej, tym lepiej. Ale często trzeba zacząć od edukacji samych rodziców. Jako mama czteroletnich dziewczynek musiałam najpierw zmierzyć się z tatusiem córeczek, który ma tendencję do idealizowania swoich dzieci, do spełniania ich zachcianek, a już tym bardziej chwalenia, pozwalania im na wygraną – jednym słowem – typ niemal bezkrytyczny.

Rzecz jasna przemawia przez niego miłość i nie ma się czemu dziwić.

Jednak, jeśli chcemy, aby nasze prywatne egzemplarze nie wyrosły na sfrustrowanych nastolatków, musimy im pokazać, że życie nie zawsze jest piękne, nie zawsze spełnia nasze oczekiwania i że czasem od losu zależy powodzenie naszych działań, choćbyśmy nie wiem, ile wysiłku w nie włożyli.

Od czego zacząć?

Najlepszym rozwiązaniem, w moim przekonaniu, są wszelkiego rodzaju gry. Jeśli nadszedł czas, że wasze dziecko potrafi liczyć do sześciu, jest na tyle komunikatywne, by zrozumieć reguły prostej planszówki – grajmy!

Nie mówię, że będzie łatwo. U nas zaczęło się od rzucania kostką w meble, pionkami na ziemię, obrażania się i płaczu za każdym razem, gdy któraś z sióstr przegrywała w danym rozdaniu. Mimo iż różnią się wyglądem, cechami charakteru, predyspozycjami – na porażkę reagowały identycznie. Nie do zniesienia była myśl o klęsce i w dodatku o sukcesie siostry. Nasza młodsza o dwie minuty córka przestała nawet przez pewien czas grać razem z nami, mimo obietnic, próśb – tradycyjnego kija i marchewki. Nie i koniec. Wizja przegranej była dla niej tak trudna do przełknięcia, że wolała wycofać się z rywalizacji.

Uznałam to za najgorsze z możliwych rozwiązań, ale że nie jestem zwolenniczką robienia czegoś na siłę, odpuściliśmy jej. Po jakimś czasie wróciła do gry, najpierw w wybrane planszówki, aktualnie w niemal wszystkie, które posiadamy. Widzę jednak, że za każdym razem towarzyszy jej niepewność i obawa przed przegraną, choć zawsze staramy się wkładać w grę jak najwięcej uśmiechu, żartów i zabawy.

Podobnie było z grą w karty. Oczywiście zaczęliśmy od prostego Piotrusia.

I tutaj także, ten, kto owym Piotrkiem został, gniewał się, rzucał na ziemię, karty także ucierpiały. Schemat powtarzał się przez tydzień, może dwa. Jednak ostatecznie sytuacja uspokoiła się i potrafimy grać z uśmiechem, choć zawsze przegrana łączy się z niemiłym grymasem twarzy. Progres jest jednak widoczny gołym okiem.

Dlaczego warto grać?

Po pierwsze: każda gra ma swoje własne reguły.

Czy komuś się to podoba, czy nie – jeśli chce uczestniczyć w zabawie, musi je respektować. Choć może zarzucicie mu tutaj zbyt wielkie słowa: przygotowuje to kilkulatka, a potem i starszaka do życia, do funkcjonowania w przedszkolu, w szkole, a potem w pracy. Wszędzie obowiązują nas normy społeczne i określone zasady. Im wcześniej dziecko to zrozumie, tym lepiej.

Po drugie: gra przełamuje lęki i obawy.

Tak, jak wspomniałam: jedna z naszych córek miała ogromny problem z tym, by wrócić do czynności, która generowała pewien strach. Wreszcie jednak, metodą małych kroków (najpierw grała razem z mamą lub tatą w drużynie, później na powrót sama) udało się z tych lęków ją wyzwolić i znów odnalazła radość z tej prozaicznej rodzinnej czynności.

Po trzecie: chcieliśmy jako rodzice przygotować nasze córki na to, że w starciu z innymi mogą przegrać.

I nie ma w tym niczego złego. Łatwiej jest przygotować je do tego pod naszym troskliwym i pełnym miłości okiem, niż w odosobnieniu. Prościej jest poradzić sobie z porażką, gdy w zasięgu wzroku są otwarte ramiona mamy czy ojcowskie dłonie. To etap przejściowy, ale niezwykle potrzebny, by kiedyś poradzić sobie z przegraną, gdy rodziców nie będzie obok.

Naszą kolejną metodą jest organizowanie małych domowych konkursów.

Najczęściej każdy z nich ma też przy okazji nauczyć czegoś innego niż tylko przegranej. Zwycięzca musi być jeden, ale…

Konkursy mogą dotyczyć wszystkiego.

Mamy więc konkurs na najlepiej posprzątany fragment pokoju, najładniej ułożone ubrania, na najpiękniejszą pracę plastyczną. Powiecie: szalona! Przecież ktoś wygrywa, ktoś inny przegrywa i kłótnia gotowa. Bywało tak, bywało… Dlatego wprowadziliśmy podkategorie. Jeśli organizowany jest konkurs plastyczny o tematyce zimowej: mamy zwycięzcę w kategorii dokładność i przegranego w tej samej kategorii. Przegrany podaje dłoń zwycięzcy, przełyka gorycz, aby już za moment dowiedzieć się, że zwyciężył w kategorii na najbardziej oryginalne wykonanie, tu z kolei druga strona przyjmuje do wiadomości, że tutaj jej się nie powiodło, ale łatwiej jest znieść przegraną, gdy laur zwycięstwa już trafił na naszą głowę. Podobnie działamy w pozostałych dyscyplinach. Jest najsmaczniejsze ciastko, ale i ciastko najlepiej udekorowane. Jest najwyraźniejsze powiedzenie wierszyka, ale i bezbłędne opanowanie tekstu. Są zwycięzcy i są przegrani, jednak nie idziemy na całość, by w każdej kategorii wygrywał ten sam mały człowiek. Oswajamy słowo: przegrana, porażka, by nie było już aż tak bolesne za kilka lat.

Rozmowa, prosty i skuteczny sposób na oswojenie dziecka z blaskami i cieniami rywalizacji

Ostatnia, ale chyba najważniejsza metoda to po prostu rozmowa. Rozmowa o tym, że gry, konkursy, zawody sportowe to czysta przyjemność.

I czerpanie radości ze wspólnego spędzania czasu jest tutaj najważniejsze. Tłumaczymy, że narysowanie pięknej pracy, czas poświęcony na przygotowanie się do roli w jasełkach jest nagrodą samą w sobie. Przekonujemy, że każde dziecko ma inne talenty i umiejętności, że każdy człowiek jest dobry w czymś innym. Będą lepsi i gorsi od nas, ale szacunek należy się każdemu. Nie wiem, na ile trafia to do umysłu czterolatków. Wierzę jednak głęboko, że pewne słowa, pewne zachowania, o których rozmawiamy, których uczymy – przede wszystkim przykładem – już w naszych dzieciach zostały.

Przygotowanie do godnego przeżycia porażki, do przegrywania z klasą jest procesem długotrwałym i trudnym. Jednak im wcześniej naszą edukację zaczniemy, tym wcześniej przyjdą wymierne efekty w postaci wyluzowanych i czerpiących z życia garściami młodych ludzi, którzy nie spinają się za każdym razem, gdy coś im w życiu nie wyszło.

_________________________________________________________________________________________

    • Jeżeli spodobał Ci się ten artykuł – udostępnij go dalej!
    • Na fan page’u na facebooku dzieje się dużo więcej i z dużą dawką humoru. Wpadnij do nas!
    • Chcesz porozmawiać z innymi rodzicami? Zapraszamy do zamkniętej grupy na facebooku!
    • Jeśli chcesz podzielić się swoją historią, opinią, doświadczeniem na łamach portalu, napisz do nas: kontakt@multirodzice.pl
    • Będzie nam miło, jeśli dasz znać znajomym o multiRodzicach. Sharing is caring!

Z zamiłowania dziennikarka, z powołania nauczycielka języka polskiego. Autorka powieści młodzieżowej: „Księżyc nad Świtezią”. Prywatnie: wielbicielka kuchni tajskiej, dalekich podróży i Denzela Washingtona. Od niedawna, niezbyt rozgarnięta, mama bliźniaczek i - co tu dużo mówić - szczęściara. Bezkompromisowa i szczera do bólu. W życiu kieruje się zasadą: co Cię nie zabije, to Cię wzmocni (co przy posiadaniu bliźniąt wydaje się być wyjątkowo trafne).

Skomentuj