Jak to możliwe, że moje dzieci pozwoliły mi na urlopie przeczytać książkę?

Tegoroczne wakacje były pierwszymi od pięciu lat, podczas których mogłam powiedzieć szczerze i bez bicia: miałam kilka godzin dla siebie dziennie. Czyja to zasługa? Superniani? Dziadków i babć? Przedszkola? Otóż nic z tych rzeczy.

Co prawda rzeczone słowa odnoszą się tylko do pobytu nad morzem. Co prawda było, minęło i pewnie szybko nie wróci, ale jak dobrze powspominać ten błogi czas wiem tylko ja i każda matka lub ojciec, który podobnej błogości doświadczył.

Kluczem do sukcesu była z całą pewnością pani animatorka pełna pomysłów na wciąż nowe zagospodarowanie czasu dzieci, jednak – jak szybko dostrzegłam – coś, a właściwie ktoś, okazał się jeszcze bardziej atrakcyjny. Atrakcyjny na tyle, by porzucić poszukiwanie skarbów czy zabawy z chustą. Ktoś, kogo obecności moje dzieci były spragnione od dłuższego czasu.

Tym kimś: czasoumilaczem, rozrywką, kompanem okazało się – drugie dziecko. Znacie, prawda?

Miej więcej od godziny szesnastej do momentu aż stały się naprawdę głodne, po prostu znikały wraz z nowopoznanymi koleżankami i kolegami. Ja wiem, nie odkryłam Ameryki, ale to moje pierwsze macierzyństwo i sądziłam, że na takie chwile będę musiała jeszcze chwilę poczekać.

Słysząc ich głośny śmiech, przewodzenie grupie przez jedną i ciche rozmowy z towarzyszką prowadzone przez drugą – ciarki przechodziły mi po plecach. Kiedy przyszło mi na myśl, by sprawdzić, czy wszystko u nich w porządku, zostałam natychmiast odprawiona z kwitkiem. Bo mama jest ważna, ale gdy wokół są inne dzieci i trwa zabawa, może śmiało zniknąć z pola widzenia. Korzystne: i dla mamy, i dla dzieci. Potrzebne: jednej i drugiej stronie. Niebezpieczne? Pewnie trochę tak, bo przecież to dziecko, które mieliśmy przy sobie, któremu staraliśmy się wpoić pewne normy, zasady, obyczaje – staje się teraz częścią grupą. Rzecz jasna dzieje się to już w przedszkolu, ale relacji rówieśniczych będzie stale przybywać, nie odwrotnie. A niosą one nie tylko, to, co dobre i czego byśmy sobie życzyli, ale także to, czego unikaliśmy przez ostatnie lata.

Zacznijmy od pozytywnych i tych starajmy się trzymać. Choćbym nie wiem, jak przerażona była, widząc moją córkę wiszącą ostatnio na drzewie podczas zabawy z kolegami w „lawa  – ziemia” nie pisnę słowem.

Czymże jest obdarte kolano w obliczu kształtujących się kompetencji społecznych. Ponadto, dziecko w spotkaniach z innymi dziećmi kształtuje swoją tożsamość, czyli najprościej rzecz ujmując, samo odpowiada na pytanie: kim jestem, jaki jestem, jaką rolę mogę pełnić w grupie? Docenianie przez innych, akceptacja, pochwały – budują pozytywny obraz własnej osoby, a przecież o to walczymy od dnia urodzin.

Bezsprzeczną zaletą wspólnych zabaw jest po prostu przyjemność. Jak miło było popatrzeć na umorusanych kilkulatków, którzy nie wlepiają swych oczu w tablety, którzy nie mają karku smartfonowego i którzy wreszcie odnajdują radość w rzeczach drobnych.

Którzy wybierają wspólne pieczenie kiełbasek zamiast przeglądania fejsa. To jeszcze przed nami. Tym bardziej staramy się łapać i doceniać każdą chwilę spędzoną na placu zabaw, w domku na drzewie czy na grze w berka cukierka.

Wczesne znajomości i przyjaźnie, rzecz jasna, nie są zbyt trwałe. Ale to nie znaczy, że nie mają żadnego znaczenia. Wróżą jednak dobrze na przyszłość, stając się pewnymi reprezentacjami późniejszych zachowań.

W kupie siła. Wiemy o tym my dorośli. Wiedzą i dzieci. Razem łatwiej jest znaleźć rozwiązanie problemu, łatwiej jest wymyślić ciekawą zabawę. Dzieci nie nudzą się, gdy mają wokół siebie inne dzieci. To dlatego udało mi się przeczytać całą książkę podczas kilku dni. I żadne z nas nic na tej rozłące nie straciło.

Rodzi się więc pytanie: czy są jakieś minusy funkcjonowania dzieci w grupie? Może jednak lepiej zabrać dziecko z zatłoczonego placu zabaw na spacer w towarzystwie rodziców albo poczytać mu książkę?

Nie jestem psychologiem, jednak sporo czytam i bądź co bądź, od dwunastu lat jestem wychowawcą i nauczycielem. Obserwuję, dokształcam się, rozmawiam.

Wiem jedno: dziecko potrzebuje wszystkiego, co wymieniłam. A jeśli nawet grupa rówieśnicza przyniesie rozczarowanie, odrzucenie, a może nowe niezbyt ładne słownictwo czy nawyki – i tak nie możemy trzymać naszej pociechy w bańce mydlanej.

 Im szybciej pozna tajniki funkcjonowania w grupie, tym szybciej będziemy mogli pomóc mu wypracować techniki obronne, nauczyć sposobów rozwiązywanie konfliktów czy szukania kompromisów.

Jeśli damy wolność, ale nie przestaniemy słuchać, rozmawiać, uczyć – dziecko w starciu ze światem nie poczuje się jak amator. Bo od ludzi nie da się uciec całkowicie. Im wcześniej nauczymy nasze pociechy, że drugi człowiek – lepszy czy gorszy – będzie towarzyszył mu na jego życiowej drodze, tym szybciej tego drugiego człowieka oswoi albo przynajmniej spróbuje stanąć mu naprzeciw bez zbędnych obaw.

____________________________________________________________________________________________multirodzice.pl facebook

    • Jeżeli spodobał Ci się ten artykuł – udostępnij go dalej!
    • Na fan page’u na facebooku dzieje się dużo więcej i z dużą dawką humoru. Wpadnij do nas!
    • Chcesz porozmawiać z innymi rodzicami? Zapraszamy do zamkniętej grupy na facebooku!
    • Jeśli chcesz podzielić się swoją historią, opinią, doświadczeniem na łamach portalu, napisz do nas: kontakt@multirodzice.pl
    • Będzie nam miło, jeśli dasz znać znajomym o multiRodzicach. Sharing is caring!

Z zamiłowania dziennikarka, z powołania nauczycielka języka polskiego. Autorka powieści młodzieżowej: „Księżyc nad Świtezią”. Prywatnie: wielbicielka kuchni tajskiej, dalekich podróży i Denzela Washingtona. Od niedawna, niezbyt rozgarnięta, mama bliźniaczek i - co tu dużo mówić - szczęściara. Bezkompromisowa i szczera do bólu. W życiu kieruje się zasadą: co Cię nie zabije, to Cię wzmocni (co przy posiadaniu bliźniąt wydaje się być wyjątkowo trafne).

Skomentuj