Mamo kup mi to! O dziecięcych żądaniach, kaprysach i zachciankach

Mam szczęście. Moje dzieci ani jako maluchy, ani jako przedszkolne starszaki nie przechodziły etapu: Mamo, kup mi… Mamo, widziałam… Mamo, chcę to!!! Należą do osób, które można zabrać do sklepu zabawkowego lub każdego innego i mimo iż oczy święcą się na widok regału z lalkami czy tego z zestawami do prac artystycznych, nie miały i nadal nie mają śmiałości albo potrzeby żądać zakupu. Jedna, nieco bardziej pewna siebie – gdy wpadnie jej coś w oko, powoli zagaja rozmowę na ten temat – bez wrzasków, bez nadmiernego podniecenia i bez podnoszenia głosu. Druga, tylko stoi przed regałem i zbiera się w sobie, by po wyjściu ze sklepu albo dopiero w domu powiedzieć cichutku, że marzyła o takiej/ takim/ takich – tutaj nazwa przedmiotu – jakie widziała w sklepie.

Nie ukrywam, że jest to nie lada komfort. Nie muszę tłumaczyć, nie muszę wymyślać wymówek, nie czerwienię się, choć wielokrotnie widzę małych wymuszaczy, będąc na zakupach. Szczęście – jak wiadomo nie od dziś – jest wartością ulotną, więc przygotowuję się na moment, w którym los może się odmienić. Póki co jednak staram się wpajać moim córkom kilka zasad dotyczących kupowania, pieniędzy, szanowania nabytych przedmiotów.

Ani ja, ani mój mąż nie wychowywaliśmy się w rodzinach, w których się „przelewało”.

Nasi rodzice nauczyli nas szacunku do pieniądza i dziś jesteśmy ludźmi oszczędnymi i choć moglibyśmy pozwolić sobie (w momencie, w którym piszę ten tekst) na spełnianie zachcianek dzieci, to nie decydujemy się na podobną ekstrawagancję, której bezpośrednią konsekwencją jest – w naszym przekonaniu – psucie dziecka.

Być może jest nam łatwiej ze względu na to, że nie mamy w domu telewizora.

Tak, wiem, wydaje się to dziwne i może nawet dla Was zupełnie niezrozumiałe, jednak widzimy sporo zalet. Także brak wyświetlanych nieustannie reklam, które przekonują nasze pociechy, że szczęście można osiągnąć jedynie poprzez nabycie określonego produktu – działa na naszą korzyść. Nie chcemy, by od małego stawały się „ofiarami” przygotowywanych przez producentów kampanii. Staramy się nauczyć dziewczynki rozróżniania potrzeb od zachcianek. Zadajemy pytanie: potrzebujesz tego czy po prostu chciałabyś to mieć? Wspólnie analizujemy, zastanawiamy się nad zakupem. Bardzo ważne jest dla mnie także uczenie dziecka argumentowania, tak przydatnego w życiu.

Rzecz jasna są jeszcze dziadkowie, którzy rozpieszczają wnuki trochę wbrew, a trochę niezależnie od woli rodziców.

Często dialog kończy się bez porozumienia stron. Na szczęście dzieci bez trudu wyczuwają, gdzie i na co mogą sobie pozwolić. Wiedzą też, że zasady wpajane przez rodziców stają zawsze ponad normami ustalanymi przez dziadków.

Dobrą metodą na poznanie wartości pieniądze, choć może jeszcze nie dla pięciolatków, jest płacenie za swoje zachcianki.

Nasze córki mają własne oszczędności, nie są to zawrotne kwoty, lecz pieniędzy wystarczy na zakup pizzy albo maskotki na wakacjach. Czasem kwota w skarbonce nie jest wystarczająca, wówczas tłumaczymy, że jeszcze odrobinę brakuje. Przeliczamy też, ile godzin na pracę musi poświęcić mama czy tata, by móc pojechać na wakacje albo kupić jakiś droższy sprzęt.

Pieniądz, póki co, jest wartością abstrakcyjną, jednak chcemy, by na tym etapie nasze dzieci wiedziały, że pieniądze nie spadają z nieba, lecz są efektem ciężkiej pracy i nie można wydawać ich lekką ręką. Chcemy, by nie oceniały innych przez pryzmat posiadanych dóbr, ale szukały w ludziach dobra.

Nie tolerujemy też przekupywania zabawkami, słodyczami, nową lalką.

Hasła słyszane w niektórych miejscach: Przestań, to mamusia Ci kupi. Zrób to, wówczas dostaniesz… – w naszym przekonaniu są drogą donikąd.

Pamiętajmy, że kilkulatek sprawdza nas nieustannie, poddaje próbom, przeciąga linę na swoją stronę, mając jednak nadzieję i potrzebując od rodzica jasnego wytyczania granic.

Twoja wiedza jest większa, Ty dajesz przykład, Ty pokazujesz świat. Niech będzie to świat, w którym niektóre dobra materialne są potrzebne, ale nie niezbędne do pełni szczęścia. Świat, w którym nabywanie kolejnych błyskotek, kupowanie kolejnych „małych szczęść” nie staje się sposobem na życie.

Żaden nadmiar nie jest dobry.

Nawet czekolada jedzona w nadmiarze wywoła mdłości. Gromadzenie rzeczy, tonące w zabawkach dziecięce pokoje – to przejaw tego, że jesteśmy nieświadomymi odbiorcami reklam i częścią marketingowej machiny producentów. Otwórzmy oczy, postawmy na przemyślane zakupy, a ilość zamieńmy w jakość. I – co najważniejsze – dajmy dobry przykład.

Jeśli mama i tata gonią wciąż za nowymi, lepszymi, doskonalszymi modelami towarów, spędzają połowę wolnego czasu w galeriach handlowych, na zakupach on-line albo smutki rozganiają kolejnym gadżetem – nic nie da prawienie morałów najmłodszym.

Dajmy dzieciom możliwość marzenia, wyczekiwania – które są tak bardzo fascynujące.

Co do prezentów: owszem, na urodziny, z okazji mikołajek, pod choinkę. Nie bez okazji, nie na co dzień, bo przestają być wyczekane, wymarzone, upragnione, a stają się kolejną rzeczą odkładaną na półkę. Radość z wyczekiwanego prezentu będzie stokroć większa, a nowy przedmiot znacznie bardziej doceniony.

I wreszcie podsumowując: to, co napisałam nie oznacza absolutnie, że dzieciom przez cały rok nie możemy niczego kupić. Róbmy to jednak rozsądnie. Według określonych zasad, nie zaś bez namysłu, od niechcenia, zupełnie bezrefleksyjnie. Każda decyzja niesie za sobą szereg konsekwencji, uczy i pokazuje dziecku stosunek do pieniędzy i zakupów, dlatego tak ważne jest, by od najmłodszych lat otrzymywały z góry najlepszy z możliwych przykładów.

____________________________________________________________________________________________multirodzice.pl facebook

    • Jeżeli spodobał Ci się ten artykuł – udostępnij go dalej!
    • Na fan page’u na facebooku dzieje się dużo więcej i z dużą dawką humoru. Wpadnij do nas!
    • Chcesz porozmawiać z innymi rodzicami? Zapraszamy do zamkniętej grupy na facebooku!
    • Jeśli chcesz podzielić się swoją historią, opinią, doświadczeniem na łamach portalu, napisz do nas: kontakt@multirodzice.pl
    • Będzie nam miło, jeśli dasz znać znajomym o multiRodzicach. Sharing is caring!

Z zamiłowania dziennikarka, z powołania nauczycielka języka polskiego. Autorka powieści młodzieżowej: „Księżyc nad Świtezią”. Prywatnie: wielbicielka kuchni tajskiej, dalekich podróży i Denzela Washingtona. Od niedawna, niezbyt rozgarnięta, mama bliźniaczek i - co tu dużo mówić - szczęściara. Bezkompromisowa i szczera do bólu. W życiu kieruje się zasadą: co Cię nie zabije, to Cię wzmocni (co przy posiadaniu bliźniąt wydaje się być wyjątkowo trafne).

Skomentuj